TEREN PRYWATNY cz. VI „Na Chryszczatą!”

  Do Prełuk przeszliśmy dość szybko, starą skracająca drogę ścieżką. Myśle, że Schrammowie też tędy szli. Jedna rzecz się na pewno zmieniła – stopień zalesienia i nieobecność ludzkich domostw. Za mostem na Oslawie skręcamy w prawo. Droga asfaltowa. Upał się robi straszny. Osława jest piękna i wielu już o niej pisało. Także Jerzy Harasymowicz. Bardzo mi weszło w głowę, że kazał swoje prochy rozsypać nad Bieszczadami.

Po prawej mijamy wiszący nad rzeką majestatyczny wiadukt kolejki wąskotorowej…Z tego widoku wieje lekko grozą. W ogóle niejedne góry mogą pozazdrościć Bieszczadom siły legendy i tajemnicy. Gdyby nie powojenna hekatomba tej niezwykłości by nie było…, ale byliby Łemkowie. Przed nami, w dawnym budynku stacyjnym, bar i…piwo. Wypijam dwa. Szymon też. Bez wrażenia.      Jesteśmy na dawnej stacyjce kolejki wąskotorowej. Siedzimy gadamy, no i to piwo…Za naszymi plecami spostrzegam podwyższenie w terenie i …mogiły. Kilka metrów za barem. Kurwa! Nie żebym był taki nadwrażliwy…przecież nie od dzisiaj widzę takie zjawiska, ale rusza mnie to zawsze i wścieka. Na cerkwisko wchodzimy, patrzymy na resztki grobowych napisów.. Patrzę z tej perspektywy na bar…Nie powinno go tu być i nic tego nie usprawiedliwia. Ruszamy już pod górę w kierunku Chryszczatej. Zanim wejdziemy w las mijamy ostatnie opuszczone dawno sady i ślady po domach. Przez głowę przebiega mi myśl: – Boże w jak pięknych miejscach ludzie kiedyś mieszkali. Tak było prawie w każdym miejscu w górach, w każdych górach. Zawsze, ale to zawsze idąc górami i wioskami ( które w większości już wioskami nie są) mam tę męczącą podwójną perspektywę. Wczoraj i dziś. Męczę się bo widzę inaczej. Patrzę i wiedzę co innego. Obserwuję zagłębienia terenu, widzę stare ścieżki-trapasze, dukty pomiędzy domami, których nie ma. Przeważnie nieomylnie wskażę miejsce po plebanii, cerkwi. Prawie się nie mylę. Czuję gdzie mógł być żydowski kirkut. No i po co? Jak to potrafi człowieka zmęczyć, rozgorączkować, zaniepokoić i wzbudzać nieustanny żal.

Idziemy, sapiemy, ja najbardziej. Piwo już wypociliśmy. Pijemy wodę ze strumienia. Nabieramy do butelek. Podczas kilku godzin marszu, każdy lekko wypija 2-3 litry. Szymek jest pragmatyczny, wypija jeszcze isotonika. Nic nie gadamy, tylko co chwila „Cześć” bo ludzie z góry idą. Jeden gębę otworzy, drugi nie. Przy jeziorkach duszatyńskich ruch ludzi się kończy. Dalej mało kto idzie. Przecież na chwile wyskoczyli z auta postawionego na „zakazie” przy barze na cerkwisku i „ Hop na jeziorka zobaczyć!”. I tyle. Jeziorka są piękne. Jakby ktoś upływający czas zamienił w wodę. Jest ciemno-zielono-brązowa. Eliksir życia, sok przemijania albo nieprzyjemna breja. Ja w tej wodzie oczywiście nieboszczyków widzę, ścierwa zwierzęce i plątaninę konarów, dzwony cerkiewne, przegniłą broń i amunicję, a i pewnie jakieś …inne „dokumenty” by się zdarzyły…                                                                                                                              

Kiedy w 1911 roku zjechało, podczas gigantycznej ulewy, zbocze Chryszczatej, huk wypędził ludzi z domów, w popłochu mieszkańcy Dusztyna i Prełuk uciekali do Komańczy. Właściwie jak, skoro wówczas umocnionej drogi nad Osławą nie było? Kto zna wzburzoną Osławę, wie jak straszna potrafi być. A tam wąsko. Ludzie pewnie myśleli, że to koniec świata. Jakieś tsunami! Tak właśnie siedzę nad jeziorkiem i myślę. Sam, bo czasami tak lepiej. Zastanawiam się pokornie czy ja z tym plecakiem tam wlezę? Jak mogła tam wejść 75 letnia Józefa – babcia Jerzego Schramma? Jakoś weszła. Pod nosem sobie mruczę: - To byli inni ludzie…

13956841_10210044790586565_110312499_n (800x568) (2)

 Maciek, Zygmunt, Zbyszek i Tadek Kłodzińscy i Wiktor Schramm. Odpoczynek pod Bukowym Berdem. Lato 1926.

13936809_10210044790186555_1086063390_n

Odpoczynek podczas zejścia z Chryszczatej – Józefa Schrammowa (w czarnym ubraniu) z córką Heleną.

„Na nocleg rozłożyliśmy się nad górnym jeziorkiem. O kilka metrów od wody stanęły namiotyi zapłonęło ognisko. Na przeciw nas, po drugiej stronie, za gąszczem iw i olch, porastających niskie, kamieniste i bagniste tereny zsuwiska, zachodziło slońce, kładąc się na spokojne wodzie krwawą smugą. Z głębi lasu wraz z nocnym chłodem, bezszelestnie sunął mrok, aż stanął wokół ogniska ciasnym kręgiem przy najbliższych drzewach. Potem liście w górze rozsebrzyły się światłem ksieżyca, a z ciemnej głębi jeziora wypłynęły na jego gładką taflę nocne kwiaty gwiazd.”  „Prywatna Podróż Pamięci” Jerzy Wiktor Schramm

Ruszamy. Nad położonym wyżej stawem pomnik Jana Pawła II. On tutaj był. Na pamiątkę wierni postawili! Momentalnie układa mi się w głowie cały akapit na temat owych wiernych, ale olewam, nie piszę nic. Po co?  Idziemy, a Chryszczata pręży swój garb i utrudnia. Po drodze zbiorowa mogiłka z 1915 roku, a na niej polska flaga, chociaż najprawdopodobniej nie ma tam ani jednego Polaka? No, ale musi wyjść na nasze!        Natalia i Beata idą bez problemu, powoli, miarowo. Szymek z Szymonem daleko w przodzie, a ja z tyłu… umieram. Gdybym mógł szedłbym na czworakach. Wreszcie dochodzimy na szczyt. Kiedy byłem tu w 1982 roku z moimi kolegami Pawłem i Januszem, ktoś postawił tu drewniany, czterometrowy, grekokatolicki krzyż z napisem cyrylicą „Wieczna pamięć”. Doskonale wiedzieliśmy, że krzyż ten postawiony jest ku pamięci partyzantom UPA. W jakiś czas potem krzyż zniknął.  25 lat później przy jakimś ognisku nad Osławą usłyszałem o akcji wniesienia tego krzyża nocą z Komańczy, jakoś wiosną 1982 roku. Rozmawiałem z autorami tego wyczynu. Historii tej opisać jednak nie mogę, nawet teraz w 2016 roku. Trudno to wytłumaczyć. Niekończąca się historia polsko-ukraińska. W czasach Schrammów była tu też tzw. wieża triangulacyjna. Była wieża, był krzyż, a jest …wszechobecny syf! Śmieci przelewające się z niby-kubłów ustawionych tu bezmyślnie, jakaś zasikana głupia wiata, zasyfiony pseudo-stół do spożywania posiłków. Drzewa porżnięte scyzorykami, bo każdy se musi coś napisać, że „był”! Plastikowe butelki walające się po krzakach. Dalej nie idziemy słynnym czerwonym szlakiem. Szukamy ścieżki, która na mapie ma nas doprowadzić do dawnej wsi Sukowate. Mapa jest bardzo dobra, ale ścieżki nie ma. Ktoś dostrzega niezwykły znak na drzewie – niebieski kwadracik z żółtym krzyżykiem na półkolu. Natalia stwierdza, że to szlak św. Jakuba, bo taki sam jest koło kościoła w Simoradzu pod Skoczowem. I ten szlak do Santiago de Compostella w Hiszapnii prowadzi!

Istniejąca od ponad tysiąca lat Droga św.Jakuba jest jednym z najważniejszych chrześcijańskichszlaków pielgrzymkowych, obok szlaków do Rzymu i Jerozolimy. Według legendy ciało św. Jakuba przewieziono łodzią do północnej Hiszpanii, a następnie pochowano w miejscu, w którym dziś znajduje się miasto Santiago de Compostela. Tak więc od ponad 1000 lat pielgrzymi przemierzają Europę tym szlakiem! A my tu w tym syfie stoimy i się gapimy! Jako, że wszyscy wierzący jesteśmy i pełni nadziei, postanawiamy ruszyć tym szlakiem. Problem jednak w tym, że ścieżki do tego szlaku nie ma! Udaje się nam znaleźć drugi taki krzyżyk, ale ścieżki nie ma! Nie idziemy w kierunku Santiago, idziemy w kierunku Sukowatego, które jest bardziej dalekie niż hiszpańskie Santiago. W kierunku Sukowatego, którego … już nie ma.

Następnego dnia sprawdziliśmy ów szlak w internecie. Okazało się, że to znaki tzw. szlaku „papieskiego”. „Szlak Papieski”, to ogólna nazwa szlaków turystycznych biegnących ścieżkami, które przed laty przemierzał Karol Wojtyła, późniejszy papież Jan Paweł II. Przypomina o miejscach, przez które Karol Wojtyła wędrował – najpierw jako ksiądz, potem biskup i kardynał oraz które odwiedzał jako papież. Nie  wiem czy przyszły papież przedzierał się tędy? Jak było? Prawdę znał sam Karol Wojtyła.                                                                      Kiedyś w tych górach były tylko szlaki PTTK, teraz każdy niemal może sobie ustanowić swój szlak. W naszej dalszej wędrówce okazało się, ze swoje szlaki robią nawet Wójtowie i Sołtysi. Tyle tylko, że czasami te „szlaki” w terenie gdzieś giną. Przeważnie dochodzą tam gdzie dojedzie samochód z twórcami i wnioskodawcami projektu na szlak… Plątanina znaków czyni zamieszanie i służy jedynie rozdeptywaniu gór.                                                

Jak widać łatwiej wytyczyć  szlak niż utrzymać na nim porządek. Takie to przecież ludzkie.

cdn.    

Aktorzy są bezbronni…Felieton do programu spektaklu „GĄSKA” Nikołaja Kolady (Scena Polska Teatru w Czeskim Cieszynie)

Provincial-Actors-7-1140x600Kadr z filmu Agnieszki Holland „Aktorzy Prowincjonalni”

 

Kilka lat temu, śp. Ryszard Malinowski – znakomity aktor Sceny Polskiej Teschinskeho Divadla, spotkany przez polskich studentów na ulicy Czeskiego Cieszyna- małego miasta na granicy – z elegancją podchmielony, zapytał :

- Panowie wiedzą kim ja jestem?

- Nie, nie wiemy… – zabrzmiała odpowiedź zaskoczonych chłopaków.

- Proszę panów, ja jestem Aktorem! – odpowiedział dobitnie i z emfazą Pan Ryszard.

Ten zawód, jak mało który łączy w sobie natychmiast i nieoczekiwanie dumę i żal. Przyjęciu do tego zawodu; do tej dziedziny sztuki, towarzyszy jakiś rodzaj nobilitacji. To nie jest zasługą radzieckiej idei „inżynierów dusz”. Tak było już wcześniej. Aktor był kimś niezwykłym już w czasach Moliera. Niezwykłym, a jednocześnie, nie wiadomo dlaczego, godnym pogardy komediantem i pajacem.

Aktor mówi najpiękniejsze słowa świata, daje wyraz najpiękniejszym uczuciom i najwyższym wartościom…na scenie. Był i jest przewodnikiem, moderatorem i uczestnikiem dialogu o kondycji ludzkiej. Angażuje się  społecznie, obywatelsko. Czasami staje na czele społeczeństwa, bywa jego wyrazicielem, ale…

Jednak jego codzienność bywa różna. Od dziesiątków, a może setek lat, jego los to przede wszystkim tzw. kariera, która zależy od wielu okoliczności. Od czasu, szczęścia, charakteru, osobowości, konstelacji ludzi i od miejsca.

Nikołaj Kolada w swojej sztuce „Gąska”, pozwala nam zajrzeć do jednego z takich miejsc. Dechowsk jest uniwersalnym miastem etapowym, w którym można ciągle mieć nadzieję i pragnienie na wyjazd do prawdziwego, większego miasta, gdzie wreszcie spełnią nasze pragnienia i marzenia. Dechowsk jest wiecznym snem o wolności, karierą, więzieniem, goryczą i radością. Miastem wzniosłym i upadłym. Prowincją przeklętą. Przemijaniem i żalem. Pod koniec życia można nabrać przekonania, że cały świat to Dechowsk.

Całą tę złożoność widać i czuć w dechowskim teatrze. Zwłaszcza w teatrze. Tu ludzie czują ze zwiększoną siłą. Ich emocje są szczególne. Ich życie jest  szczególnie trudne, bo bywa „podwójne”. Trudno być aktorem i „normalnym” człowiekiem jednocześnie. Co zrobić ze swoim rozbudzonym ego, megalomanią,  z poczuciem bycia wyjątkowym , ze swoją misją? A może nawet z e swoim narcyzmem? Co zrobić z rozchwianymi emocjami, nerwami, nerwicami, kryzysami, rozpaczami, niepewnością, dojmującym strachem o jutro, z samotnością?

Jak mało który, ten zawód szczególnie pomaga pozbyć się stabilności życiowej, poczucia bezpieczeństwa, równowagi psychicznej. Los kobiet w tym zawodzie bywa szczególnie trudny. Przecież to także często matki, żony, opiekunki i strażniczki domu.  Aktorzy umierają, odchodzą raczej wcześniej niż później. Zwłaszcza mężczyźni. Zawał, rak, wylew…Często nie zdążyli nawet dojrzeć, skleić jakoś rodziny, wychować dzieci, bo sami ciągle w zasadzie dziećmi pozostają. Ich zasób doświadczeń życiowych, czasami nie przystaje do bagażu doświadczeń „normalnego” człowieka, bo tworzy się w jakimś „mało realnym świecie pełnym iluzji”. Bez świata, który tworzą trudno jednak żyć tym „normalnym”.

A jednak w owianych mitami szkołach teatralnych ciągle jest prawie 80 kandydatów na jedno miejsce lub więcej. Dlaczego? Bo sława, popularność, pieniądze w serialach i reklamach? Dla ilu  spośród kilku tysięcy aktorów w samej Polsce?

Gdybym jednym zdaniem miał powiedzieć o czym jest „Gąska”, to powiedziałbym, że o pięknych ludziach, którzy rozpaczliwie poszukują szczęścia. A na dodatek są aktorami w teatrze. Są artystami. No tak, aktorzy poszukują szczęścia… A przecież dla wielu być  aktorem to już szczęście!

Kolada zna teatr i aktorów „od spodu”. Pisze o nich komedię. Komedię ludzką – człowieczą, jak u Czechowa. Momentami tak straszną, tak rozpaczliwą, że aż śmieszną, albo po prostu śmieszną, że aż boli. Przyjrzyjcie się, posłuchajcie, zrozumcie i… wybaczcie.

 Bogusław Słupczyński

 

TEREN PRYWATNY cz.V – Tajemniczy krzaczek

05574_Komancza_Ferdinand_Čatloš_-_Slovak_invasion_of_Poland_(1939)

(Gen. Ferdinand Čatloš-dowódca armii słowackiej „Bernolak” w ataku na Polskę. Tu przy zniszczonych mostach w Komańczy)

Ochotnicza Straż Pożarna w Komańczy jest zasobna. Nad garażami samochodów bojowych, świetlica, a tam też kuchnia i prysznic, który jest dla nas zbawienny. Budynek ma balkon, na którym od razu wieszamy mokre ręczniki. Tak aby nie naruszyć całego dostojeństwa OSP. Żeby nie świecić pełnego światła, zapalamy świeczki i gadamy do późna. Jest przyjemnie po męczącym dniu. Andrzej z Michałem, w środku nocy wyjeżdżają na wywiad do jakiegoś pasterza w Ustrzykach Górnych czy tam gdzieś. Andrzej pisze książkę o pasterzach.

Rano wcześnie się budzę i wychodzę powoli na balkonik. Drogą od cerkwi jedzie traktor, stary „Ursus”, słychać pianie koguta, powietrze jest już rozgrzane. W zasadzie mógłbym spędzić cały dzień na tym balkonie gapiąc się na ulicę i rzekę. Chciałbym tak tkwić w zatrzymanym czasie, w zawieszeniu niemym. Kiedyś tak mogłem, kiedy miałem 17 lat i mniej…Teraz mój umysł pędzi, planuje, jest niespokojny, przelicza. Robię sobie kawę w szklance, fusiastą parzonkę. Wysypana łyżeczka cukru powoli się zapada w czarnym kożuchu. Zaczyna się dzień. Już po chwili na balkon wchodzi Szymon z mapą. Ustalił dalszą trasę marszu. Gadamy o upale i wtedy daruje mi białą chustkę na głowę. Taką na upały, specjalną, sportową. Szymon jest na bieżąco z nowinkami sportowymi i turystycznymi. Po śniadaniu zakładamy podsuszone buty i ruszamy na szlak. Przy wyjściu, ktoś zauważa, że pod drzwiami garażu strażnicy stoją wysokie damskie szpilki, a do tego złote. Chyba pozostałość po ostatnim weselu.

Idziemy w kierunku mostów kolejowych. Po lewej stronie Urząd Gminy, a obok niego krzak. Wbrew pozorom to bardzo tajemnicze miejsce. Krzak zasłania kamień wysokości ok 1,5 metra. Na kamieniu tabliczka metalowa z chyba 5 nazwiskami. To nazwiska milicjantów i sokistów, którzy poszli z odsieczą żołnierzom WOP okrążonym przy ewakuacji strażnicy w Jasielu w marcu 1946 roku. Dostali w jakiś sposób sygnał i ruszyli w kierunku na Czystohorb. Nie wiadomo ilu było tych z odsieczy. Odsiecz został okrążona i podobnie jak większość oficerów i podoficerów z Jasiela zamordowana przez UPA.

Zawsze kiedy tędy przejeżdżam lub przechodzę dociera do mnie, że wśród nich mógł być mój ojciec, który tylko kilka miesięcy wcześniej pojechał na ochotnika na Śląsk. Był w SOK, ale jako najmłodszy pojechał na ochotnika „po nowe życie”. Jego kolega z grupy Tadeusz Latusek jest wymieniony na tym kamieniu – pomniku. Gdyby nie takie zrządzenie losu, z pewnością byłby tam mój ojciec.

Wśród bieszczadzkich milicjantów byli różni ludzie. Byli chłopcy wiejscy, którzy z końcem wojny wyrośli na pełnoletnich, byli AK-owcy, którzy zgłaszali się do Milicji, jakby ta była przedłużeniem ich służby w podziemiu. A byli też SOK-iści, czyli funkcjonariusze Służby Ochrony Kolei. Linia kolejowa była jedna: Zagórz – Łupków i dalej tunelem pod Przełęczą Łupkowską na Słowację. Jedna, ale ważna. Trzeba było jej chronić.

Wójt Gminy Komańcza ma chyba mały problem z tym pomnikiem. Przez ostatnie 25 lat wszelkie pomniki władzy ludowej w Polsce demontowało się. Milicjantom i ubekom odbierano prawa kombatanckie. Nie odebrano ich jednak tym którzy walczyli z UPA. Mała grupa, ale jednak. Poprawność polityczna, która pojawiła się z odrodzeniem się, a właściwie pełnym ujawnieniem mniejszości ukraińskiej nad Osławą po 1989 roku, stawiała fakt istnienia pomnika w trochę dziwnej sytuacji. Milicjanci zostali uznani za przedstawicieli wrogiego reżimu komunistycznego, ale przecież to chłopcy stąd i wszyscy wiedzą, że reżimowi nie byli, tylko powiedziano im, że Państwo Polskie każe im chronić kraj  i obywateli. Wojna się skończyła i miała być teraz Polska. No to robili co do nich należało. A UPA na żadne Państwo Polskie nad Osławą się nie zgadzała. Ot sprzeczność geopolityczna, a wszyscy nad Osławą byli miejscowi.

Wójt (albo ktoś z jego otoczenia) wpadł na genialny pomysł, czyli krzaczek. Zdaje się, że wybrano szybkorosnący ostrokrzew kolczasty. Rośnie tak szybko, że właściwie z początkiem lata już otula szczelnie cały pomnik i nikt nie wie co tam niby pod krzaczkiem jest ukryte. Ukryte, ale istnieje. Czyli nikt do Wójta przyczepić się nie może, że pomnika nie ma. On jest, ale jakoby go nie ma, a to różnica zasadnicza.

Co pewien czas krzaczek jest przycinany. I tu tkwi sęk, czyli krzaczek! Kto i kiedy decyduje o jego przycięciu, czyli ujawnieniu pomnika? Pewnie miejscowym różnych narodowości i wyznań ta dziwna sytuacja odpowiada. Mimo wszystko zapalam pod krzaczkiem znicz.

Porzuciwszy dylematy związane z przydrożnym pomnikiem stajemy pod mostami kolejowymi. Droga krzyżuje się tu ze szlakiem kolejowym. Taka karpacka kriżovatka, jak po słowacku mi się kojarzy. Węzeł komunikacji w górach. Kolej, mosty, rzeka, drogi. Niedaleko tego miejsca przed wojną była strażnica KOP. Tu ostanie dni sierpnia i początek września spędził jako żołnierz KOP-u, polski pisarz Tadeusz Dołęga-Mostowicz (autor m.in. „Kariery Nikodema Dyzmy”), który notuje w sowim dzienniku, że czeka w Komańczy na żonę, która ma go tu odwiedzić. Ten niezłomny krytyk obozu sanacyjnego, poległ za ojczyznę od radzieckiej kuli w miejscowości Kuty na Kresach, a ci których bezlitośnie wyśmiewał w swoich książkach i artykułach, uciekali w tym czasie z Polski przez Zaleszczyki.

Ciekawe co myślał Dołęga-Mostowicz w tej Komańczy lub o Komańczy? Z Warszawy do Komańczy. Jak widział to miejsce? Nigdy się już nie dowiemy.

Strażnicy nie ma. Podobno była wybudowana w stylu witkiewiczowskim, z drewna, kryta gontem. Swoją drogą, nie mogę zrozumieć tej niezwykłej mody wśród przedwojennych wojskowych, którzy strażnice graniczne, po wielekroć budowali z…drewna i w pięknym stylu architektonicznym. Jakby nie o walory obronne chodziło tylko wzorce artystyczne! Miało być pięknie i dostojnie, w zgodzie z tradycyjna architekturą. Jakby Sztuką można było wygrać wojnę. Ech, dziwna była czasami ta II Rzeczpospolita.

W tej strażnicy byli potem Słowacy, potem jacyś grenschutze, a potem radzieccy pogranicznicy zaprawieni w bojach. Kiedy radzieccy żołnierze odeszli, UPA ostatecznie spaliła strażnicę.

Mosty były oczywiście nieustannie niszczone. Najpierw przez KOP, potem przez UPA. Zawsze przejezdne były drogi – na Południe i na Zachód. W 1939 roku tereny te „wyzwolili” słowaccy żołnierze księdza Tiso, którzy połączyli wreszcie ze sobą bratnie grupy karpackich Rusinów. Z tego okresu pochodzi kilka „spontanicznie” wykonanych fotografii. Hitlerowcy mieli być cudownym, cywilizacyjnym spoiwem Europy. Całe szczęście, że jakiś podobny wielbiciel takiej cywilizacji nie doszedł do głosu w II RP. Wtedy dopiero byłoby się czego wstydzić.

3

Slowacja-13

( na zdjęciach ze skrzyżowania w Komańczy żołnierze słowaccy, niemieccy i „wyzwolony” lud (1939): pierwsze zdjęcie – budyneczek z tyłu stoi do tej pory. drugie zdjęcie – z tyłu widoczny zniszczony przez KOP most kolejowy)

Słowacy chyba nie na długo tu zagościli, bo gdzieś w 1941 roku pojawiają się zręby administracji ukraińskiej, w tym ukraińska policja pomocnicza. Niemcy za polityczne i wojskowe usługi różnych grup narodowościowych, oddawali pewne usługi. I tak na przykład Ukraińcom nie odmawiali ambicji państwowotwórczych. Konsekwencja krótkowzroczności Słowaków i Ukraińców była tragiczna. Zwłaszcza dla tych drugich. Najbardziej ucierpieli Bogu ducha winni Łemkowie, czyli Ci trzeci, najliczniejsi i pominięci. Ale to już inna historia.

Przekraczamy drogę i wchodzimy pomiędzy domy, gdzie prowadzi czerwony szlak na Chryszczatą. Oczywiście przez Prełuki. Po przejściu rzeki, wchodzimy w las. Ścieżka mało uczęszczana. Las piękny. Wspinamy się pod górę na grzbiet górski oddzielający Komańczę od kolejnej wsi, jakże kiedyś innej i już nieistniejącej. I chociaż wczoraj tu byliśmy, to dziś jest inaczej.

 „ Otworzył się przed nami bajeczny widok. Staliśmy na wysokim brzegu opadającym stromo ku Osławie. Po drugiej stronie rzeki pięły się lasy i lasy bez końca, coraz wyżej i wyżej, aż ku szczytowi Chryszczaty. Daleko od południa biegła głęboka dolina między stromymi stokami gór, jej dnem wiła się lśniąca jak srebro rzeka. U naszych stóp, sto pięćdziesiąt metrów niżej dolina rozszerzała się w długą nieckę, zamkniętą  ze wszystkich stron. Tu na tych nadrzecznych reniach leżały Prełuki.” („Prywatna Podróż Pamięci” R.W Schramm)

A wracając jeszcze do krzaczka… Płonący znicz musiał pewnie zwrócić uwagę gminnych urzędników bo kiedy przejeżdżałem tamtędy 4 tygodnie później pomnik stał w pełnej okazałości. Krzaczek był znowu przycięty. Władza jest czuła na sygnały społeczne.

Zdjęcie0908(stan-wrzesień 2015)

 

 

 

Trzy fatalne “nie” Ukrainy postmajdanowej

Wołodymyr Pavliv

(Wołodymyra Pavliva znam osobiście i ufam jego obserwacjom i refleksji.  To jeden z największych ukraińskich rzeczników zachowania pamięci polskiej kultury na Zachodniej Ukrainie, szczególnie we Lwowie. Wielbiciel i propagator wielokulturowej Galicji)  B.Słupczyński

ukraina

Sytuacja na Ukrainie jest zła. To wiemy. Sytuacja się pogarsza. To przeczuwamy. Dlaczego? Nie szukamy uczciwych odpowiedzi. Za to kiedyś słono zapłacimy. Na ów moment, czekać długo nie będzie trzeba. A wszystko przez trzy plagi, które to cechują nasze społeczeństwo, zarówno elity jak i zwykłego obywatela – nieprawda, niesprawiedliwość, nieuczciwość.
Jasne, że jest jeszcze głupota ludzka, pospolite strach i podłość, rażąca niekompetencja. Jednak tamte trzy  są fatalne, bo świadome.

Pierwsze “nie”

Nieprawdą jest mówienie, iż wydarzenia na wschodzie kraju są konsekwencją wyłącznie agresji i okupacji rosyjskiej. Dobrze wiemy, iż zaczęło się tam od konfliktu obywatelskiego – znaczna część mieszkańców Donbasu nie przyjęła nowych władz w Kijowie i przestraszyła się wydarzeń na Majdanie. Najpierw były tam “antymajdany”, a już potem “russkaja wiesna”. Sprzeciw obywatelski, z którego ewentualnie skorzystali Rosjanie, wszczynając nieznaną nam wtedy jeszcze “wojnę hybrydową”. A to oznacza, że nie usuwając przyczyn tego początkowego konfliktu obywatelskiego, nie da się rozwiązać konfliktu wojennego, nie da się przywrócić zbuntowanych rejonów Donbasu do Ukrainy.
Kłamstwem są także zapewniania, iż dzisiaj ktoś ma pomysł na zakończenie tej wojny. Wygląda na to, że nie ma nikt – ani USA czy UE, ani Rosja, ani tym bardziej Ukraina, która chciałaby wszystko i od razu. Wariant siłowy nie jest możliwy – Amerykanie i Europejczycy nie będą się angażować zbrojnie. Ukraina nie jest w stanie sama zwyciężyć separatystów, wspieranych czynnie prze Rosjan. Potrzebny jest kompromis. Pytanie – komu i jaki? Zachód chce, by Rosjanie się wycofali, a Ukraina żeby się odczepiła. Dla Rosjan bezwarunkowe wycofywanie się jest nie do przyjęcia – muszą zachować twarz na arenie międzynarodowej i nie mogą też sobie pozwolić tak prosto opuścić “rosyjskich braci” w Donbasie, choćby dlatego, iż nie wiadomo, jakie miałoby to konsekwencje dla sytuacji wewnętrznej w Rosji. Po co mieliby aż tak ryzykować? Taką wojnę można ciągnąć bardzo długo.
Tym bardziej, iż wcale nie wszyscy są zainteresowani jej zakończeniem. Wielu wpływowych ludzi z różnych krajów bogaci się się na tym konflikcie. W tym i ze strony poszkodowanej – niektórzy przedstawiciele ukraińskich władz, politycy, generałowie i biznesmeni. A przy tym, wskazując na wojnę, mogą przymykać oczy na niektóre działania struktur państwowych, wojskowych czy zwykłych obywateli, uważane za niedopuszczalne w krajach demokratycznych. Ale przede wszystkim na wojnę mogą zwalić na przykład: brak pieniędzy, wysokie taryfy czy zbyt wolne tempo reform ustrojowych. Ale nawet to jest przekłamaniem, bo reformy raczej nie idą wcale. Są co prawda publiczne spektakle z imitacją reform, jak chociażby ta nieszczęsna Nowa Policja.
Ale najwyraźniej niechęć do zmian widać w operetce związanej z uchwalaniem przez parlament projektów ustaw, sugerowanych przez UE. Posłowie i urzędasy przed kamerami kłócą się, obrzucają oskarżeniami i obelgami, wyzywają się, a nawet biją się – tak demonstrują publiczności chęć zbliżenia się do Europy. Ale tak naprawdę to tego zbliżenia nie chcą. Przestrzeganie prawa i procedur europejskich przez ukraińskich bogaczy oznacza dla nich koniec zdobywania ciemnych, nielegalnych fortun, koniec wzbogacania się na przekrętach, na korupcji, na dewastacji pomocy z Zachodu, na okradaniu budżetu państwa. Wcale im się z tym nie śpieszy.
Najgorsze w tych kłamstwach jest to, że one podtrzymują w Ukrainie atmosferę wzajemnej nieufności. Premier nie wierzy Prezydentowi i vice versa, rząd nie ufa parlamentowi, prokuratorzy nie dowierzają policji, żołnierze – generałom, urzędnicy – politykom, biznesmeni – urzędnikom. Pospolity lud – nie wierzy nikomu. Trudno w takich warunkach o prawdziwą ocenę teraźniejszości czy o skonsolidowaną wizję przyszłości.

Drugie “nie”

Wielu Ukraińców wciąż boli, że zabójcy ludzi z Majdanu nie zostali i raczej nie zostaną ukarani, oprócz kilku szeregowców z “Berkutu”. Zleceniodawcy, tym bardziej. Tym niemniej, w Ukrainie postmajdanowej osądzono lub sądzono tysiące “wrogów”. Według organów ścigania są to dywersanci, terroryści, szpiedzy, aktywni separatyści i bojówkarze. Ale są wśród nich też „zdrajcy” – dysydenci, oponenci retoryki majdanowej i postmajdanowej. Ich winą jest to iż skorzystali z prawa wolności słowa – jednej z wartości, w obronie której walczył podobno Majdan – wyrażając publicznie opinie, które okazały się nie do przyjęcia dla nowych ukraińskich władz i walczącej „na tyłach zmian” aktywnej części postmajdanowej społeczności.
Bloger i dziennikarz z Iwano-Frankowska Rusłan Kocaba zamieścił na facebook-u swój wideo-apel, w którym wystąpił przeciwko mobilizacji do wojska, w kraju, w którym nie ma wojny. Formalnie jest tylko operacja antyterrorystyczna. Odwiedził też Donieck i Ługańsk i nie zobaczył tam, jak twierdzi, Rosjan czy Czeczenów, zobaczył natomiast elementy wojny domowej. Pisał o tym, a także udzielał z tego powodu komentarzy dla mediów rosyjskich. Od roku siedzi zamknięty w areszcie śledczym, oskarżony o “zdradę stanu”, a sąd wciąż nie może mu udowodnić winy. Tym niemniej, siedzi.
W Odessie, nie patrząc na zaawansowaną ciążę, siedzi również od roku i bez wyroku, miejscowa dziennikarka Jelena Gliszczińska, dyrektorka telewizji “Nowaja wołna”. Zorganizowała “okrągłe stoły”, pisała do gazet, mówiła w eterze o prawie regionu historycznego Bessarabia do własnego samorządu – statusu w ramach Ukrainy. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy podejrzewa, iż działała na zlecenie Moskwy. Hm… a dlaczego nie Kijowa? Przecież mniej więcej, w tym samym czasie, o decentralizacji państwa, dobrowolnym tworzeniu i jednoczeniu się gromad terytorialnych, zwiększeniu uprawnień samorządów, mówili też pan Prezydent, pan Premier oraz pan Przewodniczący Rady Najwyższej Ukrainy. A nawet jeśli SBU ma rację, to po co ciężarną kobietę trzymać przez rok w więzieniu? Nie ma sposobów wpłynięcia na śledztwo, bo jest właśnie „postmajdanowe”. Ucieknie do Rosji? To niech ucieka. Żadna z tego szkoda państwu czy społeczeństwu ukraińskiemu. Zarówno  w wypadku z Kocabą czy w wielu innych, którzy też siedzą za publikacje w internecie, czyli słowa, co miesiąc dowiadujemy się, że ktoś został skazany na okres więzienia za wyrażanie “wrogich” opinii.
Większość ludzi rozumie, że nie jest to sprawiedliwe, zwłaszcza w warunkach, gdy „pod zastaw” wypuszczani są złodzieje, aferzyści, uczestnicy korupcji, pijani synowie wpływowych ojców, zabijający w wypadkach samochodowych ludzi na drogach etc. Lecz w sprawie dysydentów uważają to za dopuszczalne, traktują to jako karę za nielojalność, swoistą rekompensatę za niesprawiedliwość, której ewentualnie doznali w czasach reżimu Janukowycza. Mała to chyba pociecha wobec ofiar przeszłych i zbyt wielka krzywda wobec więźniów reżimu obecnego.
I osobno o mediach. Czy może stanęli w obronie dysydentów ukraińscy dziennikarze – adepci wolności słowa? Nie, bo media zajmują patriotyczną pozycję. Może patriotyczną, lecz na pewno nieprofesjonalną i nieetyczną. Czyli uprawiają propagandę i kontrpropagandę, ale nie dziennikarstwo. Kłamią, utajają i przekręcają fakty, manipulują opinią publiczną. A w sumie to dyskredytują zawód dziennikarza. Nie sądzę by wprowadzanie w błąd własnych obywateli miało coś wspólnego z prawdziwym patriotyzmem.

Trzecie “nie”

Na Ukrainie prawie nie ma uczciwych fachowców. Faktycznie nikt nie utrzymuje się z samej pensji. Po prostu się nie da. Dlatego też uczciwość nie jest odbierana jak wartość nadrzędna.
Przedstawiciele elit ukraińskich są nieuczciwymi partnerami dla Zachodu, bo marnotrawią jego pomoc i nie dotrzymują obietnic. Z innej zaś strony, są nieuczciwi wobec własnych obywateli, bo obiecują coś, czego nie są w stanie wypełnić, bo przerzucają odpowiedzialność na innych, bo nadal nadużywają stanowisk, bo zmuszają obywateli do płacenia za usługi, których Ci nie otrzymują, oraz za zawyżone ceny towarów niskiej jakości.
Obywatele odpowiadają tym samym: utajają dochody, nie płacą podatków, zalegają z opłatami komunalnymi, źle pracują, oszukują państwo na każdym kroku. No i wszyscy kradną.
Jak się okazało, nawet w tak drastycznym temacie, jak pomoc uchodźcom z rejonów ogarniętych działaniami wojennymi, Ukraińcy potrafią za niecałe dwa lata ukraść prawie pół miliona dolarów. W system są zaangażowani nie tylko politycy, ale również urzędnicy, samorządowcy, zwykli obywatele.
Nieuczciwość na każdym kroku, na każdym poziomie społecznym. Nieuczciwość w realiach ukraińskich ma nawet pewien dokument – legitymację czy zaświadczenie, upoważniające do różnorakich ulg: na przejazd, na świadczenia komunalne, na leki, na mieszkania czy działki etc. Uczestnicy Operacji antyterrorystycznej, rodziny zabitych bohaterów, zasłużeni dla ojczyzny, a także – emeryci, inwalidzi, weterani działań wojennych ( w większości prowadzonych jeszcze przez ZSRR), likwidatorzy awarii Czarnobylskiej, sieroty, rodziny wielodzietne i Pan Bóg wie, jaka jeszcze biedy. Połowa z nich to zwyczajna “lipa”. Ale i  tej drugiej połowy budżetu zasilić się nie da. To “dobrodziejstwo” państwa oczywiście odbywa się kosztem tych obywateli, którzy jeszcze mają z czego płacić, a także z dochodów firm, z budżetów lokalnych. Samo państwo, które miałoby to zrefundować, jak zwykle, nie ma pieniędzy. Wiadomo – wojna, kryzys gospodarczy etc.
Zwykłe ukraińskie złodziejstwo, do którego już zdążyliśmy się przyzwyczaić w ciągu 25 lat niepodległości. No, może nie zwykłe, bo na wielką skale i w warunkach konfliktu wojennego, oraz plajty gospodarczej. Kraść to nie wstyd – taka jest sytuacja. Kraść, kłamać, poniżać się – to norma, by przeżyć. Czyżby?
Problem z nieuczciwością jest taki, iż ona nie poprzestaje tylko na kwestiach przeżycia, bytu, ale zaraża wszystko naokoło. Przede wszystkim zaraża debatę publiczną, dotyczącą kwestii życiowo ważnych dla przyszłości. Kwestie języka i wyboru cywilizacyjnego, kwestie oceny przeszłości i kreowania wizji przyszłości, nadal pozostają nieprzedyskutowane, nierozstrzygnięte.
W wersji oficjalnej, na Ukrainie zwyciężył wektor europejski i wzrósł poziom patriotyzmu ukraińskiego. Takie deklaracje nie są uczciwe. Trudno o tym przesądzać, bo na Ukrainie w ciągu ostatnich dwóch lat zacisnęła się “spirala milczenia”. Wielu ludzi, w tym dziennikarzy i osób publicznych, wolą  nie wypowiadać się w kwestiach trudnych, obawiając się represji ze strony państwa czy szykan ze strony “zawodowych patriotów”. A to znaczy, że trudne czasy – dyskusje, decyzje, konflikty obywatelskie jeszcze są przed nami.

Podsumuję

Więc, życie się pogarsza. Reformy nie idą. Konfliktu w Donbasie nie udaje się zażegnać. Powiedzmy sobie szczerze; wszystko to dzieję się nie dla tego, że nie mamy pieniędzy, że słaba armia i mało broni, że brak fachowców, że Zachód nie wystarczająco nas wspiera. Nie! To wszystko dałoby się naprawić. Problem w tym, że pozwalamy sobie na zbyt wiele kłamstw, nieprawości i nieprawowitości, jak na naród znajdujący się w tak rozpaczliwej sytuacji. Musimy nauczyć się odróżniać działania mające na celu egoistyczne potrzeby polityczne i własne przetrwanie, od konieczności przestrzegania wartości uniwersalnych. Bez tego nie da się zbudować nic porządnego na dłuższą metę. A na pewno nie państwo europejskie.

 

Wołodymyr Pawliw (ukr. Володи́мир Па́влів) – ur. 25 listopada 1963 w Arkałyku (Kazachstan)) – ukraiński politolog i dziennikarz. Okres dzieciństwa spędził w miejscowości Rudki w obwodzie lwowskim. Studiował na Politechnice Lwowskiej oraz na wydziale filologicznym Uniwersytetu Lwowskiego.

Działał w nielegalnym lwowskim czasopiśmie „Postup” które ukazywało się od kwietnia 1989 do lipca 1990. W latach 1991-1995 kierował redakcją kultury kanału telewizyjnego STB. W latach 1998 oraz 2000-2005 mieszkał i pracował w Warszawie jako korespondent „Radia Swoboda”. W roku 1994 przełożył tom poezji Andrzeja Bursy.

Od roku 2009 kieruje wydziałem informacji i stosunków zewnętrznych Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie. Kieruje Ukraińsko-Polskim Klubem Dziennikarskim „Bez Uprzedzeń”. Współpracuje z wydawanym w Polsce tygodnikiem ukraińskim „Nasze Słowo”, z Gazetą Wyborczą oraz tygodnikiem „Polityka”.

(źródło: Wikipedia)

Zamkowa 1 – przyczółek normalności na Olzie.

pobrany plik

Nie będę komentował licznych hejtów i innych wiekopomnych, lokalnych i „obiektywnych” artykułów na temat Krytyki Politycznej w Cieszynie. Owe złośliwe, a i podłe komentarze, oczywiście na to nie zasługują.
Każdy człowiek o szerszych horyzontach wie, że to miejsce ( budynek – Zamkowa 1) jest dopustem Bożym dla tego miasteczka, które upada. To ostatnia ampułka adrenaliny.
Kiedy mówię o szerszych horyzontach to nie myślę o doświadczeniach wynikających z wyjazdów na wczasy w Chorwacji, czy do pracy w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Irlandii itd. Owe horyzonty wynikają z obecności i pracy w różnych, twórczych, intelektualnie dojrzałych środowiskach dużych ośrodków.
Z perspektywy Cieszyna tragedii nie widać. Dlaczego? Bo tak naprawdę większość mieszkańców  nie boi się tragedii, nie dopuszcza nawet takiej myśli. Nie ma strachu o miasto, bo przecież ze szczytu widać tylko niebo. A Cieszyn zawsze był na ”szczycie”i w „centrum”. Tragedię widać z perspektywy ogólnoludzkiej, ogólnopolskiej, ogólnospołecznej, cywilizacyjnej. Perspektywa cieszyńska ma się  do tego nijak.
Jednak nadejdą kiedyś takie czasy, że wielbiciele cieszyńskiej logiki, sami staną się mniejszością i stłoczeni w jakimś budyneczku stowarzyszenia typu „Naszo Dziedzina”, wypchanym portretami Habsburgów, sami będą prosić o szansę na przyszłość. Wtedy My im pozwolimy, damy szansę, a jakże! Z tymi portretami Habsburgów! A jak będą chcieli, to inne portrety też sobie będą mogli powiesić. Nam to nie będzie przeszkadzać! Będą mogli od rana do wieczora paradować w cieszyńskich strojach (dofinansujemy te stroje) i modlić się na głos ile dusza zapragnie. Będą mogli nawracać oficjalnie „innowierców” na ulicach. Oczywiście! Będziemy dumni z takiej atrakcji w naszym mieście.
Nie będziemy się wstydzić, że czuć ich naftaliną, że są nieco archaiczni. Będziemy doceniali ich gust, będziemy wydawać ich złote myśli, szanować ich łososiowy styl architektoniczny. Bo my jesteśmy… Niezwykli.
Raz w roku, każdy z owej mniejszości, otrzyma specjalny notes formatu A-4 ( To taka nowa tradycja! Nie może być mniejszy!), aby mógł notować i zapisywać każdą minutę tego niezwykłego cieszyńskiego czasu, który tak szybko upływa. Tak jak  już  to robi Burmistrz Macura. Co prawda nie słucha i nie słyszy, ale zawsze sumiennie notuje.

TEREN PRYWATNY cz. IV. „Ślady”

 

Do Rzepedzi dotarliśmy w strugach deszczu. Weszliśmy przez most na wzburzonej żółtej Osławie, która swoje koryto ma tutaj dość wąskie. Za mostem…gigantyczne składy drewna dla byłego kombinatu drzewnego. Zresztą może nie dla niego…Dochodzimy po dłuższej chwili do głównej drogi, do węzła drogi i torów linii Łupków – Zagórz. Leje. A niech tam…Dochodzimy do jakiegoś kiosku z dykty, pozostałości aktywności gospodarczej lat 90-tych. Na nim kartka : „Do wynajęcia”.

Plusem tej budy jest to , że ma rodzaj przedłużonego daszku, pod którym można się schronić. Zrzucamy plecaki i stoimy w objęciach dwóch frontów burzowych. Jeden znad Osławy, drugi znad Osławicy. Tu niedaleko obie rzeki łączą się. Niedaleko pusty przystanek kolejowy. Na przeciwko naszego schronu zaczyna się ciąg dwupiętrowych bloków, postawionych tu dla pracowników zakładu drzewnego. Na podwórkach wzorowe składziki drewna na zimę. Socrealistyczne osiedle, a raczej pokłosie tego stylu w dzikich kiedyś Bieszczadach. Taka mała imitacja sowieckiego, leśnego osiedla zza Uralu, teraz starannie oklejona styropianem. Nie no, w ogóle jakoś to wygląda, tak bardziej europejsko.

Na przeciwko naszego poddasza wznosi się las Zajniczki. To wzniesienie o stromych zboczach, a pod nim tor kolejowy. Ten fragment toru przewija się w opowiadaniach mojego ojca, który w styczniu 1944 roku jako kilkunastoletni chłopak pracował w tzw. bauzugu, w Komańczy. Pewniej nocy otrzymali polecenie wymiany pękniętej szyny kolejowej na odcinku przed przystankiem kolejowym Rzepedź. W trzaskający mróz w pięciu wymieniali ręcznie szynę przywiezioną z Komańczy. Wówczas trasą tą szły niemieckie transporty wojskowe. Nie było żartów.

Szymon tymczasem zdążył pobiec po piwo, bułki i kiełbasę. Miło spożywało się piwo na ulicy. Dwa razy przejechał samochód policyjny. Wtedy chowało się puszkę za plecy.

Postanowiliśmy ruszyć przed siebie. Zmierzaliśmy do Komańczy. Było blisko, ale nasza droga wiodła przez Prełuki. Tędy było dalej. Ale za nim wyruszyliśmy zahaczyliśmy jeszcze o sklep. Taki trochę byle jaki, ale były tam miłe panie i sklep miał porządne zadaszone, wygodne zaplecze. Po wejściu do sklepu dostrzegliśmy butelki piwa ze swojsko brzmiącą nazwą „Bieszczadzkie”. Wzięliśmy po dwa , to znaczy ja i Szymon , bo Szymek jedno. Padało, a myśmy po bieszczadzku, w Bieszczadach, smakowali piwko „Bieszczadzkie” na zapleczu. Padało i padało. Końca widać nie było. „Bieszczadzkie” dodało nam wigoru. To już trzecie piwko w ciągu godziny. Mokro, chłodno, a tu humory kwitną coraz mocniej. Wreszcie męska decyzja: Idziemy do Prełuk!

Kilka kilometrów i Dolina Osławy leży przed nami w pełnej, deszczowej krasie. Idziemy wzdłuż resztek kolejki wąskotorowej ,właściwie wzdłuż ledwo widocznego nasypu. Osława jest tu bystra, woda z siłą tłucze się o kamienie. Szum rzeki i deszczu wypełnia przestrzeń. I najważniejsze, nie ma nikogo! Idziemy kilometrami sami, a nasza krew też się burzy. Mamy wzrost energii, proporcjonalnie do energii rzeki. Kilka razy przechodzimy normalnie, w butach, szerokie brody wyłożone betonowymi płytami. To znaczy, przechodzimy ja i Szymek, Szymon za każdym razem zdejmuje buty. Jest ślisko. Woda po kolana. Wtedy, na środku rzeki przypomina mi się historia Pana Bronka Pałysa z Niebieszczan, który wraz z grupą wozaków-ochotników pojechał swoimi końmi którejś mroźnej zimy, na początku lat 50-tych do Prełuk na zwózkę drewna. O chłopach z Prełuk mówił z szacunkiem : Prełuczanie. Jednak nie bardzo rozumiem o kim mówił skoro wszystkich wywieźli stamtąd? A może to było za okupacji? A może przed wojną? Ważne, że pan Bronek w potężnym furmańskim kożuchu skąpał się wtedy w lodowatej Osławie. Wzięto go wtedy do jednej z chałup i zaopiekowano się nim. Kuracja zaczęła się tradycyjnie od bimbru czy spirytusu, ale i tak skończyła się zapaleniem płuc. Z uczestnictwa w zimowej zwózce były nici. Dwa tygodnie dogorywania w straszliwej gorączce, w obcej chałupie, z daleka od domu, u obcych, w ruskich Prełukach.

„Miesza się sen z jawą, rzeczywistość z legendą. To tu niedaleko, poniżej Prełuk, na zakręcie pod skałami, gdzie rzeka wije się ciasno wąską doliną , żył ongiś – jak wieść niosła – ogromna ryba, która porywała bydło przychodzące do wodopoju. Nie było na nią rady. Aż dopiero kowal ukuł na nią olbrzymi hak, na ten hak wsadzono całego barana, a do łańcucha zaprzężono sześć par wołów – i tak tę rybę złowiono i wyciągnięto z wody… ( Jerzy Wiktor Schramm „Prywatna podróż pamięci”)

W całej dolinie huczy woda. Idziemy, a ja wzrokiem szukam owej głębokiej badoni, w której przebywała słynna ryba. To prawdziwie dzika rzeka. Powietrze nasycone jest jej zapachem. Boję się jej. Ujarzmić ją znaczyłoby tyle co zabić ją i te góry. W tym wszystkim upadek Pana Bronka wydaje mi się częścią eposu tej rzeki, a my, tylko mokrymi butami ją przekraczamy kilkakrotnie, ostrożnie stąpając z ciężkimi plecakami aby się nie pośliznąć i nie – proszę czytelników o wybaczenie – nie jebnąć.

W końcu docieramy do mitycznych Prełuk. Wiemy o tym bo z jednej strony cerkwisko z resztkami kopuły, a z drugiej resztki cmentarza. Zrzucamy plecaki i od razu jakaś siła unosi nas na wysokość czubków drzew. Złudzenie po zrzuceniu plecaków , ale jakże przyjemne. Wyciągam z plecaka znicz i idę zapalić na prowizoryczny kamienny ołtarz cerkwiska. Za mieszkańców tej wsi, pana Bronka i wyprawę Schrammów z 1951 roku.

„Zeszliśmy w dół i podczas gdy moi towarzysze poszli obejrzeć zrujnowaną cerkiew, usiadłem na kamieniu pod rozsypującym się murem cmentarza, naprzeciw miejsca gdzie stała ongiś plebania. Sterczał z niej ułomek komina z gąszczu pokrzyw i zdziczałych wiśni. Siedział tu przed wojną ksiądz Żubryd, wesoły ksiądz, dobry kompan do preferansa i kieliszka starej nalewki w wieczornej przerwie między dniem z wędką nad wodą, a noclegiem w szopie na sianie.”(1951, Prełuki)

(Jerzy Wiktor Schramm „ Prywatna Podróż Pamięci”)

Nie ma już prawie nic z tego co miał okazję zobaczyć jeszcze w 1951 roku Jerzy Wiktor Schramm i jego przyjaciele. Trwamy chwilę w miejscu. Deszcz leje się z nieba. Patrzymy w zapalony znicz i zakładamy się czy jeszcze płonie, bo nic nie widać? Jest tu smutno. Po wsi ani śladu. Tylko resztki bocznicy kolejki wąskotorowej. Gospodaruje tu Nadleśnictwo Baligród i robi to dobrze bo właśnie nic z tym nie robi. Nie upiększa. Zadbali nawet oto aby turysta dowiedział się kilku zdań o …Republice Komańczańskiej kiedy to pod koniec 1918 roku, przez kilka tygodni, chłopi ruscy z kilu wsi – od Wisłoka Wielkiego po Prełuki i Mokre, proklamowali własne …państwo. Włącznie z rządem i Prezydentem.

Studiowałem kiedyś ten temat pisząc sztukę teatralną”Szalona Republika”. Kilku miejscowych, nazwijmy to inteligentów, z księdzem grekokatolickim Wisłoka Pantelejmonem Szpilką, chciało powołać coś w rodzaju małej, autochtonicznej Republiki z niejasnym powiązaniem z Zachodnio-Ukraińską Republiką Ludową we Lwowie. Podobne ruchy miały miejsce w Baligrodzie, Lutowiskach i w łemkowskiej Florynce (tu jednak chodziło o „Państwo” Łemków). Polska odpowiedź była bardzo silna i zdecydowana. Chłopi z Prełuk, którzy dołączyli do rebelii byli ponoć najbitniejsi. To znaczy walk nie było właściwie żadnych, bo polskie wojsko podpaliło chłopom stodoły i ci rzucili się do gaszenia pożarów. Taki był koniec Republiki. Pantelejmon Szpilka uszedł za granicę.

Bardzo to wszystko było zagmatwane jeśli chodzi o ówczesną świadomość sytuacji politycznej i narodowej Rusinów, bowiem w innej wsi, właśnie ruscy chłopi sami rozprawili się z ukraińskimi „podżegaczami”. W prawie 30 lat później, górująca nad Osławą Chryszczata, naprawdę spłynie ukraińską krwią.

My nie maszerujemy na Duszatyn, ale do Komańczy. Idziemy bitą, starą drogą, z której ma odchodzić szlak. Niestety nie znajdujemy go i nie mamy czasu na poszukiwania. Idziemy do Komańczy serpentyną drogi do zwożenia drewna . Już wiemy, że to dużo dalej, a sił coraz mniej.

Obserwujemy przedziwne zjawisko. Nie wiem jak je nazwać. Naprawdę jest szczególne. Mijają nas dość drogie osobowe auta z zamkniętymi szybami. Widać klimatyzacja pracuje na całego, więc okna zamknięte. Do szyb przyklejone twarze turystów. Samochody zakurzone od pyłu. Patrzą na nas i pewnie zastanawiają się dlaczego tak się męczymy? Co 10 – 15 minut przejeżdża kawalkada trzech, czterech aut. Mają pewnie poczucie, że są kurwa na jakimś safari. Dzieje się tak dlatego, że nikt nie przestrzega znaków zakazu ruchu. Widok tych aut jest przerażający. Dla mnie to jakaś apokalipsa. Niszczą mój prywatny krajobraz. Jak mam rozmyślać  o wciąż istniejącym, pierwotnym pięknie tych miejsc? Dlaczego nie mogę słuchać ciszy, dlaczego ludzie zachowują się jakby naśladowali jakieś obrazy z ulubionych filmów sensacyjno – podróżniczych? Wcześniej obkupili się w sportowo-turystycznych marketach i wyruszyli w… podróż. Dlaczego market Decathlon, a nie Stachura i Hłasko?

Ogarnia nas poczucie bezsensu. Za długo idziemy. Nogi w dupę włażą. Mamy odciski, a ja z Szymonem otarte uda na „wysokiej wysokości” i idziemy jakbyśmy z konia zeszli i…szkoda gadać. Szymon zachwala cały czas jakąś zasypkę, którą ma mu przywieźć Natalia Kałuża z Andrzejem Drobikiem, z Cieszyna do Komańczy. Szymon umie zadbać o siebie, a przy okazji ja też się załapię.

Centrum Komańczy to …nie, nie wiem co to jest? Jakiś konglomerat usiłowań. Problem w tym, że  ta wieś to „ulicówka” przy szlaku kolejowym. Więc droga na Łupków jest główna i tyle. Nie ma żadnego placu czy rynku. Obok, stary dworzec i kościółek drewniany, a owo centrum to jakiś ogródek dla plastikowych chłopków, których oczywiście tam nie ma, ale jakby były, to mieszkańcy mogliby ich codziennie inaczej ustawiać. Bo samych mieszkańców też tam nie ma. Oni pracują …gdzieś. Turystów też tam nie ma bo…oni w tych autach jeżdżą kawalkadami na safari.                               Dostajemy od Andrzeja informację telefoniczną, że mamy się kierować na strażnicę Straży Pożarnej.                              Nim to jednak zrobimy, zdejmujemy mokre buty i zakładamy …klapki.

Człapiemy jak kierowcy tirów do restauracji „Pod kominkiem”, w klapkach. Jest jeszcze jakiś lokal po drodze, ale „Pod kominkem” to miejsce kultowe. W moje, pamiętne wakacje 1983 roku, w pudełkowatej PRL-owskiej knajpie „Pod kominkiem” w Komańczy, po raz pierwszy w życiu usłyszałem język ukraiński. Tego popołudnia pełno tam było różnych wozaków, robotników leśnych i kolejowych. Pamiętam dominujący kolor szaro-niebieskiej kufajki i kraciaste flanelowe koszule. W dymie siekierę można było powiesić.

Klasyczny, barowy bufet, kufle do piwa i wódka. Za ladą tęga pani z takim czymś plastikowym na głowie co oznaczało, że to obsługa gastronomiczna. Ogólny gwar, smród piwa i papierosów. Piliśmy wtedy piwo i słuchaliśmy gadania ludzi. W tamtych czasach nikt nie pytał o wiek kiedy kupowało się piwo.

W tamtych czasach czuć było w takich miejscach atmosferę. Taką, że trzeba było splunąć i zapalić papierosa. Zapaliliśmy „Klubowe”.

Pamiętam, że lekko podchmieleni poszliśmy wtedy w kierunku Wisłoka żeby zobaczyć na wzgórzu za wsią, jedną z najpiękniejszych starych, zachodnio-łemkowskich cerkwi. Przyjechaliśmy z kraju pełnego kościołów, bez cerkwi. Po drodze zobaczyliśmy, że budowana jest kolejna, ale nowa komańczańska cerkiew. Budowa była ogrodzona drewnianym żerdziami, na którym jak kury siedziały jakieś kobiety i gadały po …ukraińsku. Nie był to znany nam ze szkoły rosyjski. Zbytnio był taki jakby ciosany, więc musiał być ukraiński. Pamiętam to dziwne uczucie. Poczułem się jakbym był we wnętrzu jakiegoś kraju, który leży we wnętrzu jeszcze większego kraju i … jest normalnie. Republika komańczańska…

Za PRL postawiono, czy jak mówią inni, przeniesiono z innego miejsca (chyba z Dudyniec), cerkiew grekokatolicką, a za III RP zbudowano w centrum miejscowości rekreacyjny skwer. Szkoda jednak, że teraz nie zrekonstruowano jakiejś godniejszej budowli np. niezwykłej architektonicznie, przedwojennej strażnicy KOP (Korpusu Ochrony Pogranicza. Styl „zakopiański” Witkiewicza), która umiejscowiona była naprzeciw dzisiejszego Urzędu Gminy.

Dzisiaj w restauracji „Pod kominkiem” jest elegancko. Budynek łączy restaurację z hotelem. Zasiedliśmy na tarasie od strony wschodniej i zamówiliśmy obiad z piwem. Byliśmy głodni i zmęczeni. Na owym tarasie wegetowaliśmy w ciszy, długo, wspólnie z ogromnym i miłym psem właściciela, który spędzał tam czas w ukryciu przed upałem. Powietrze stało w miejscu, czasami porywane lekkim wiaterkiem. W końcu zjedliśmy długo oczekiwany obiad. Mieliśmy super humor bo zjedliśmy pyszne jedzenie, w tym gorący kapuśniak. Pletliśmy jakieś głupotki nie mogąc dać ujścia dobremu samopoczuciu. Podwójne piwo zaszumiało nam w umysłach i odlatywaliśmy….”Piknik pod wiszącą skałą”, a raczej „Pod kominkiem”….

Tamten czas sprzed trzydziestu lat odleciał daleko. Nie ma już pociągów na komańczańskich szynach, nie ma wozaków, ich koni i robotników leśnych we flanelowych koszulach, nie ma niebieskich pekaesów i nie ma „Klubowych” w kiosku, ba, nie ma kiosku…Są jeszcze stalowe mosty kolejowe, stare, potężne, austryiackie – pomniki cywilizacji i historii. Nie wiem, ale z jakiegoś powodu, z dekady na dekadę są coraz mniejsze. Kiedyś w liceum kolega, któremu opowiadałem o Komańczy, zapytał czy żyją tam… Komanczowie?…No …

Z odrętwienia budzą nas koledzy, którzy właśnie zjechali do Komańczy : Piotrek Klaja z córką Beatą, a potem Natalia, Andrzej i Michał z maścią dla niemowląt (na nasze wstydliwe otarcia). Chyba trochę się nas wystraszyli bo wyglądaliśmy jak po trzech dniach wesela. I te czerwone od słońca pyski. Oni świeży i pełni energii. Od razu opowiadamy im o znaczeniu klapek w życiu człowieka.

Od teraz do końca naszej wyprawy tematem i przedmiotem kultu stają się … klapki, bez których żadna taka wyprawa nie może się udać.

Cdn.

 foto P. Szechyński

 foto P. Szechyński

 foto P. Szechyński

 foto P. Szechyński

Marek Niesłańczyk – felieton

4959_8c43-gif

Walczący z …

Jestem człowiekiem, mężczyzną, który przeżył 38 lat swojego życia. Przebywam w zakładzie karnym w Cieszynie za co? Za to, że nie potrafiłem uczciwie żyć!

Jako człowiek pozbawiony wolności nie mam wysokich aspiracji życiowych. Chciałbym po prostu być normalnym człowiekiem, który kiedy przyjdzie czas wyjścia na wolność chciałby rozpocząć życie jako cząstka społeczeństwa.

W tym „normalnym” życiu ze społeczeństwem bardzo przeszkadza mi strach przed tym właśnie społeczeństwem, brak odwagi aby temu wszystkiemu stawić czoła. Wiem, że wiele wysiłku i pracy będzie mnie kosztowało ponowne wyjście z więzienia, ale wiem też i to, że bez pomocy w formie tolerancji społeczeństwa, powrót i normalne życie jest niemożliwe.

Kim jestem? Jestem człowiekiem skazanym. Kim chciałbym być? Normalnym człowiekiem. Co mi w tym przeszkadza? Strach, brak odwagi, wiary w siebie.

Na co dzień nie zastanawiam się nad sobą. Życie w więzieniu „od – do”, „mogę – nie mogę” uczyniło ze mnie automat. Postępuję dobrze i źle. Czasami dziwię się samemu sobie. Zadaję sobie pytanie „dlaczego tak to zrobiłem, a nie inaczej?” co mną kieruje – jaki jestem? Pisząc ten tekst mam okazję takiej małej refleksji nad sobą.

Pomimo upadku, pomimo lat spędzonych za tymi kratami, podjąłem próbę ratowania siebie. Patrzę z dala na życie i czas, który niestety nie stanie. Stoję i wydawać by się mogło, że nic nie mogę zrobić. A tak chciałoby się żyć normalnie. Staram się być sobą, dlaczego? Dlatego, że nie chcę być nikim innym jak tylko – człowiekiem uczciwym.

Od dłuższego czasu zastanawiałem się co się ze mną dzieje. Stałem się jakby bardziej wyczulony na różne aspekty życia. Zacząłem szukać tego przyczyny. Na początku myślałem, może to przez to, że przestałem czytać „śmieciowe” książki, słuchać ogłupiającej muzyki? W miejscu gdzie w tej chwili przyszło mi żyć trudno o dobrą muzykę. Gdzie byś nie przechodził z głośników płynie disco polo. Na całe szczęście dla mnie, już dorastając odstawałem od moich rówieśników jeżeli chodzi o muzykę. Myślę, że bardzo duży wpływ miała na to szkoła muzyczna. Z książką jednak było inaczej. Przez całe lata byłem przekonany, iż czytam bardzo dobrą lekturę… hm, może byłaby i dobra, z jednym tylko ale… nie jadę pociągiem, a niestety takie książki (celowo nie piszę tutaj o konkretnych autorach aby nikogo nie urazić) właśnie z pociągiem mi się kojarzą.

Idąc dalej tym tokiem rozumowania doszedłem do tego, iż bardzo duży wpływ na moją postawę mają ludzie, ludzie z którymi przyszło mi współpracować, ale nie o samej współpracy chcę tu powiedzieć. A mianowicie, właśnie ci ludzie są dla mnie przede wszystkim wielkim autorytetem, tak na polu zawodowym jak i prywatnym. Nie raz, nie dwa wystawiam się na pośmiewisko, bo będąc w więzieniu odbywa się przecież karę prawda? Nie ma mowy o tym, że można ze sobą coś pozytywnego robić. Dla bardzo wielu ludzi, nie jestem pełnowartościowym obywatelem naszego kraju, który może dać drugiemu coś dobrego od siebie, tylko jestem zwykłym darmozjadem i bardzo często zadaję sobie pytanie co dobrego może mnie czekać tam, po drugiej stronie muru, skoro patrząc na to przez pryzmat wiadomości telewizyjnych widzę, że w naszym pięknym kraju są równi i równiejsi, a ludzie ambitni, wspaniali społecznicy, ledwo wiążą koniec z końcem. Dlaczego?

Odnoszę wrażenie, że mój status społeczny jest w ogóle poza jakimkolwiek marginesem, ale żal mi ludzi, którzy z dnia na dzień, sfrustrowani wychodzą z jednej pracy i gnają do drugiej żeby jakoś przeżyć do pierwszego, przyjmując polecenia służbowe od ludzi, którzy nie mają pojęcia o tym co robią, ale byli w ten czas poprawni politycznie zajmując teraz takie stanowisko a nie inne. Pomyśleć by można, że to nie możliwe, ale niestety tak się dzieje i tak jest! Przerażające jest to, że bardzo wiele osób to widzi, ale nikt z tym nic nie robi, bo po co?! Przecież normalną sprawą staje się to, że człowiek z wyższym wykształceniem nie pracuje w swoim zawodzie tylko pracuje na budowie jako pomocnik murarza, na przykład w Niemczech!

Bez kultury i bez sztuki pewnie można żyć. Pod tym stwierdzeniem pewnie podpisałoby się wielu ludzi. Ale z pewnością nie ci, którzy starają się angażować do tworzenia. Na przykład mnie. Widzą bowiem sens pokazywania mi przestrzeni, gdzie sztuka pisana jest przez duże „S”. Takimi ludźmi i wielkimi autorytetami są dla mnie Tomasz Głasek, mój bezpośredni przełożony i wychowawca kulturalno – oświatowy oraz Bogusław Słupczyński, dramaturg, felietonista, społecznik, który niejednokrotnie po przeczytaniu mojego tekstu, „spuszcza mnie na drzewo”, ale i motywuje tym samym do bardziej wytężonej pracy. Nawet nie wiem czy ten tekst się ukaże, ale wiem jedno: dzięki temu, że ktoś dzieli się ze mną swoją wiedzą i pasją, chcę być innym człowiekiem. Nie dla kogoś, żeby zobaczył, że się zmieniłem… dla siebie!

I tak już zupełnie na koniec chciałbym powiedzieć, napisać jeszcze jedno: Może nie byłem nigdy w teatrze, może brak mi ogłady i moje pisanie pozostawia wiele do życzenia, a po drugiej stronie muru będzie mi jeszcze trudniej zrozumieć ten świat, ale wiem, że dam radę.

Bez kultury i sztuki pewnie można żyć… Ale…

Marek Niesłańczyk : „Mojej córeczce…”

Osława

 

Mojej córeczce…

Marzenie”

Pomylił orzeł cztery strony świata

lądować miał w Suwałkach,

wylądował w Bieszczadach.

Podumał…

Bieszczady, tu jeszcze nie byłem,

ale… któż tam idzie? To Marek i Karolina

on przygarbiony, jakby strapiony.

Karolina pełna życia, nadziei pełna.

Starają się poskładać…

w jego sercu żal i utrapienie

tyle czasu się zmarnowało…

siwizną jego głowa przyprószona

zbyt długo czekał, zwlekał,

lecz serce pamiętało…

co czuło… z jej pierwszym…

życia tchnieniem.

Wśród polany miętą usłanej,

w promienia słońca ogrzanej.

Stali przy tamie, tej w Łukowem.

Dwa słowa cicho wyszeptane

dla Niej tak ważne… bo usłyszane

od ojca, nie od obcego

słowa tak proste, ale i skomplikowane…

Kofam Ciem Córeczko nad życie całe…

Marek Niesłańczyk - początkujący felietoniusta, dramaturg ( autor sztuki „Osadzony Tomasz Nowy”, poeta. Obecnie odbywający karę w Zakładzie Karnym w Cieszynie. Członek Stowarzyszenia na rzecz Odnowy i Współistnienia Kultur „Sałasz”.

Marek Niesłańczyk „MOJA MATKA” – opowiadanie

butelki

Wydawać by się mogło, że jest to historia jakich znamy wiele… 

Siedział nad tym listem jak zaczarowany. Czytał po kilka razy słowa odkrywające straszną tajemnicę.

Cieszymy się, że adoptowaliście dziecko. Oczywiście przyjedziemy, żeby zobaczyć tego waszego Jacusia. Piszecie, że ma cztery miesiące? Już Cię widzę, Agnieszko, jak się nim cieszysz”.

List pisała rodzina matki, adresowany był do obojga rodziców. Koperta widać stara. Nic dziwnego – przeleżała dwadzieścia lat. Jacek znalazł ją przypadkiem w gabinecie ojca kiedy ścierał z półek kurze.

Nie jestem ich synem. Tyle lat mnie okłamywali. On. To on, nigdy mi za dużo serca nie okazywał, ale ona? Co za fałsz! Jak mogła żyć w takim zakłamaniu?! Nareszcie dowiedziałem się prawdy, niecałej, muszę dowiedzieć się całej. Jak się nazywam, czy żyją moi prawdziwi rodzice, czy mam rodzeństwo.

Wsunął list do kieszeni. Wstał z podłogi. Czuł jakby nabawił się klaustrofobii. Wyszedł do ogrodu. Dobrze mu zrobił zimny, jesienny deszcz. Gniew, żal, pretensje, nadzieje, obawy, rozterki – wszystko kłębiło się w jego głowie, nie było miejsca na rozsądek, domagało się ujścia. Wyładował się na starych gdy tylko wrócili z pracy i matka zawołała go na obiad. Siedzieli przy stole, ni to spokojni ni zmieszani. Dymił nietknięty obiad. Jacek stał na środku pokoju, wymachiwał rękami, krzyczał, płakał, oskarżał.

- Wiem, teraz już wiem, kim jestem: bękartem, podrzutkiem. Z litości mnie wzięliście? Metraż mieszkania mieliście za duży? Lepiej było już wziąć psa? Taniej. Ja was przecież drogo kosztuję. Wiem, wiem, nie trzeba mi już niczego tłumaczyć, wszystko jasne. Tylko po co tyle lat udawaliście? Tyle kłamstwa! Nigdy wam tego nie daruję, nigdy!

- Mówiłem, żebyśmy mu powiedzieli – powiedział ojciec

Matka jakby ocknęła się uderzona mężowskim zarzutem.

- Zawiniłam ja, głównie ja, przed tobą Jacku – powiedziała drżącym głosem.

- Nie jestem już waszym synem.

- Jesteś. Dla nas zawsze będziesz. Powinnam ci powiedzieć, że cię nie urodziłam, ale nie miałam odwagi. Poza tym myślałam, że to dla ciebie będzie lepiej. Budowaliśmy ten dom pod miastem, przeprowadziliśmy się tutaj, nikt nas nie znał. Po co mają się dowiedzieć, dorośniesz, powiem ci wszystko, wtedy zrozumiesz…. ale ty nic, zupełnie nic nie rozumiesz…

Rozpłakała się. Rozdrażniło to ojca. Znów zaczął od swego „mówiłem”.

- Mówiłem, że on nam kiedyś odpłaci za wszystko dobre. Broniłaś go, sceny mi robiłaś, jak sprawiedliwie dostał pasem. Ja mogłem nie zjeść, ale Jacusiowi co najlepsze. Masz teraz.

- Wyszło szydło z worka. – Jacek nienawistnie patrzył na ojca – Ja wam zjadałem co najlepsze, ja nie odpłaciłem wdzięcznością. Sierota musi być wdzięczny, musi padać na kolana w podzięce przed dobroczyńcami, że raczyli wziąć, karmić i przyodziewać. A ja nie będę! Mogło mnie wychować państwo bez waszej łaski.

- Zapłać, zapłać matce za każdy dzień, za nieprzespane noce, za pieluchy, które po tobie prała, za chodzenie po lekarzach, za ślęczenie nad twoimi zeszytami, za ukrywanie przede mną twoich wagarów, za jej strach, jak nie przychodziłeś na czas do domu. Zapłać, ty gnojku, niewdzięczniku – kipiał ojciec.

- Przestań – matka próbowała przerwać ojcowskie wymyślanie – nie widzisz, że nie wie co mówi?

- Jeszcze go bronisz? – ojciec trzasnął za sobą drzwiami i wyszedł z pokoju.

- Jacek pozostał sam na sam z matką. Znów wróciły dręczące go od kilku dni pytania o przeszłość.

- Jak ja się nazywałem?

- Nowak.

- Moi rodzice umarli?

- Nie, miałeś tylko matkę.

- Jak miała na imię ?

- Monika

- Widziałaś ją?

- Nie, nie chciałam o niej nic wiedzieć.

- Co o mnie wiedziałaś?

- Że ledwie cię w szpitalu odratowano, byłeś zagłodzony, miałeś wtedy dwa miesiące. Kiedy cię pierwszy raz zobaczyłam, miałeś prawie trzy miesiące.

- Jak wyglądałem?

- Smutnie, jak wszystkie dzieci w Domu Małego Dziecka.

Przez jakiś czas milczeli, wreszcie ona wzięła się za sprzątanie ze stołu nietkniętego obiadu.

Od tego dnia tylko pozornie wszystko wróciło do starego porządku. Matka chodziła jakaś zgaszona. Ojciec prawie nie rozmawiał, a Jacek był wciąż zamyślony. Z trudem udawało mu się jako tako utrzymywać spokój. Zrodziło się w nim nieodparte pragnienie odnalezienia rodzonej matki. Może i braci, sióstr?

Przecież nie wiadomo, jak to było. Mogła znaleźć się w tragicznej sytuacji, ciężko zachorowała, była kilka dni nieprzytomna, nie mogła mnie karmić, i o mało nie umarłem z głodu. Wtedy postanowiła mnie oddać, żeby mi było lepiej niż jej. Pewnie płakała po nocach, zanim się na to zdecydowała. Może wciąż za mną tęskni i cierpi. Tak! Muszę ją odnaleźć. Tylko jak to zrobić? Jeśli pozostała przy swoim nazwisku to i tak jest to nazwisko fatalne, pół Polski je nosi. Monika – bardzo popularne imię. Gdyby nazywała się Faustyna – znaleźć dużo łatwiej. Trudno, nic mnie nie zrazi, będzę szukał.

Wyznaczył sobie na razie dwie drogi szukania: telefony i internet.

W książce telefonicznej zatrzęsienie Nowaków, na szczęście tylko kilkanaście o imieniu Monika. Zaczął więc od nich.

Może pozostała dotąd sama, ten, z którym go miała, porzucił ją w ciężkich czasach. Po co miałaby drugi raz ryzykować?

Jacek wykorzystywał każdą wolną chwilę. Siadał przy telefonie, żeby zachować anonimowość, przedstawiał się jako Wiktor Majer       ;

- Halo, słucham.

- Tu Wiktor Majer, czy zastałem panią Monikę Nowak?

- Monia, telefon do ciebie!… Żona przeprasza, ale nie może podejść. Proszę powiedzieć o co chodzi, przekażę.

- Czy państwo nie mieli dwadzieścia lat temu syna Jacka?

- Panie, gdybyśmy go mieli dwadzieścia lat temu, mielibyśmy go i teraz….. – Śmiech w słuchawce – chyba że… chyba że… Monika, ten pan pyta, czy nie miałaś przypadkiem syna Jacka. Przypomnij sobie.

- Głupie żarty, wyślij go do diabła.

- Jacek rozłączył się. Wykręcił następny numer

- Monika Nowak, słucham.

- Przepraszam, że zadam pani osobiste pytanie, ale szukam matki…

- I co, ja mam ją panu znaleźć?

- Chciałem się dowiedzieć, czy pani…

- Co, czy ja? Wykrztuś pan wreszcie.

- Czy pani ponad dwadzieścia lat temu nie oddała synka do domu dziecka.

- Panie, wiesz pan, kogo pan obrażasz? Jestem zakonnicą od trzydziestu pięciu lat! Wstydź się pan!

- Jakaś wariatka – Jacek ulżył sobie, ale już po odłożeniu słuchawki.

Następny telefon odebrał mężczyzna. Przedstawił się jako mąż Moniki Nowak i zażądał zrelacjonowania mu sprawy. Po wysłuchaniu zaprosił Jacka do siebie „na konfrontację”, jak to określił. Jacek szedł na tę wizytę z bijącym sercem. Jeśli to będzie matka?

Niski, krępy mężczyzna wprowadził go do pokoju przeładowanego haftowanymi poduszkami, figurkami, fotografiami, świętymi obrazami.

- Zaczekaj tu młodzieńcze, zaraz ci ją przyprowadzę.

Jackowi zaschło w gardle. Czyżby „ją” znaczyło, że ona to „Ona?”

Kobieta, wepchnięta raptownie do środka, otworzyła szeroko oczy ze zdumienia na widok chłopca.

- Przyjrzyj się, podobny do ciebie, czy do twojego gacha? – napierał mąż.

- Czego ode mnie chcesz? Co to za człowiek?

- Twój syn!

- Zupełnie już zwariowałeś z tej zazdrości. Niedługo kochankowie będą spod podłogi wyłazili.

- Z którym go miałaś?

- Przepraszam pana… – próbował się wtrącić Jacek.

- Cicho bękarcie, na razie rozmawiam z tą lafiryndą, potem pogadam z tobą. No mów!!

- Co mam mówić?

- Z kim mnie zdradziłaś dwadzieścia lat temu? I to w niecały rok po ślubie! Już cię wtedy podejrzewałem. Ja na kontrakcie, ryzykowałem codziennie życie – wszystko się zgadza – urodziła, oddała państwu, nikt pary z gęby nie puścił, wróciłem, cacy, cacy, kochany mężulek…Ty zdziro! Zatłukę jak psa!

Jacek skorzystał z zamieszania, skoczył do drzwi, wybiegł na ulicę, gnał jak szalony, zwolnił, gdy znalazł się w grupie przechodniów.

Po tym incydencie stracił ochotę do poszukiwania matki. Po jakimś czasie odżyła w nim na nowo. Matka rodzona nie zapomni nigdy własnego dziecka.

Zaczął od początku. Różnie z tym bywało, nawet kilka razy zrzucono go ze schodów, inni poszczuli psem. Spotkał również Nowaków życzliwych, współczujących. Po żmudnych poszukiwaniach w internecie, zdobyte dane wykazywały niezbicie, że trafił w końcu na właściwy adres. Nie spał całą noc. Matka jawiła mu się w marzeniach – przyciska go do piersi, tuli, całuje, płacze ze szczęścia, a najważniejsze jest to, że widzi w jej oczach prawdziwą miłość.

Rano poszedł do bankomatu. Długo stał przed kwiaciarnią. Jakie kwiaty są godne matki? Czerwone róże symbolizują miłość.

Jest ulica, numer, ten numer, drzwi, na drzwiach napis „Monika Nowak”.

Stał przed drzwiami, nie miał odwagi nacisnąć dzwonka. Wewnątrz byli jacyś ludzie, dochodziły go podniesione głosy. Może przyszedł nie w porę? W końcu przycisnął dzwonek. Kiedy się otworzyły, stanął przed nim łysy mężczyzna w rozpiętej koszuli.

- Do kogo!? – Jacek poczuł kwaśny odór alkoholu.

- Ja do pani Moniki Nowak.

- W jakiej sprawie?

- ….

Łysy spojrzał uważniej na Jacka, dostrzegł kwiaty. Roześmiał się, zawołał w stronę pokoju.

- Monika, chodź, dawno nie miałaś klienta z różami.

- Godzina 100 złoty, pół godziny 80 złoty, francuz …

Drzwi gwałtownie otworzyły się i stanęła w nich niemłoda już kobieta. Rozbiegane oczy, pijacka morda, niechlujny wygląd. W zaślinionym kąciku ust – papieros. Umalowane mocno brwi i wargi. Głos niski, chrapliwy.

- Do mnie przystojniaku?

- Nie wiem… chyba się pomyliłem – powiedział Jacek.

- Pytał się o ciebie – łysy wyraźnie nie zamierzał odejść.

Jacek postanowił upewnić się, że to pomyłka.

- Pani nie miała dzieci, prawda?

Wyjęła papierosa z ust. Zawahała się chwilę.

- Miałam, a bo co? Z opieki jesteś?

- Miała pani syna Jacka?

Rozbiegane źrenice zatrzymały się na twarzy Jacka. Nie odpowiadała. Powtórzenie pytania przyszło mu z trudnością. Znów nic.

Dlaczego nie zaprzecza?

Rzuciła papierosa na podłogę. Spojrzała znów na niego. Pokiwała głową. Powiedziała jakby w powietrze.

- Najmłodszy był.

- Oddała go pani do Domu Małego Dziecka – napierał z pretensją Jacek.

- Sami go wzięli, nikt się mnie o zgodę nie pytał, odebrali mi prawa i już – powiedziała jakby od niechcenia.

- Bo… – Zatrzymał się, potem rzucił jakby ze złością: – bo ja jestem tym Jackiem!

Z drugiego pomieszczenia dobiegły ich głosy.

Łysy z Moniką wzięli Jacka pod ręce i stanęli przed biesiadującym towarzystwem.

- Popatrzcie, jakiego mam syna! Czyściutki, ładniutki, świeżutki – powiedziała dumnym głosem Monika.

- Nic tylko chrupać – wpadła jej w słowo tleniona blondynka, towarzystwo ryknęło śmiechem.

Jacek szarpnął się, przytrzymała go mocniej, uczepiła się szyi, całowała po twarzy. Wyciągnęła mu kwiaty z ręki, posadziła go, mimo oporu, przy stole.

- Jedz, pij, synku, Pan Bóg mi cię zesłał. Widać dobrze ci się powodzi.

- Ale jaja – objaśniał towarzystwo łysy – to faktycznie jej syn. Z początku myślałem,że to klient.

Znów śmiech. Rozlali wódkę do kieliszków.

- Ej, chłopczyku, twoje zdrowie. Trzeba pić, żeby żyć – powiedział rozbawionym głosem łysy.

- Monika, co mu się tak przyglądasz. Ile on ma teraz lat? – zapytała zalotnym głosem blondyna.

- Prawie dwadzieścia. Tak Jacku? – powiedziała z wahaniem w głosie Monika.

Kiwnął głową. Wciąż nie mógł dojść do siebie. Chciało mu się rzygać. Patrzył na nią, nie czuł do niej nic oprócz obrzydzenia, na dwóch facetów z zakazanymi mordami, na tlenioną blondynę, której piersi wylewały się na sąsiada, na zdewastowane mieszkanie. Rozgadani, podnieceni alkoholem, dawali upust emocjom prowadząc ożywioną dyskusję we własnym gronie.

- Monika, nie spodziewałaś się tego, co? – zapytał łysy typ.

- Ty byś się spodziewał debilu?

- Ja nie miałem piątki dzieci. Może i tamte przyjdą cię odwiedzić?

- Jak miały na imię – zapytał ożywionym głosem Jacek.

- Weronika, Karolina, Adam i Romek.

- Co się z nimi teraz dzieje? – nie ustępował.

- Kiedy zachorowałam zabrali je do domu dziecka.

- Co ty pieprzysz Monika! Przestań opowiadać takie brednie – powiedział coraz bardziej zdenerwowanym głosem łysy – Zabrali ci je wtedy jak popieprzyło ci się w głowie. Pamiętasz? Poszłaś tylko po papierosy do kiosku, a wróciłaś po trzech dniach. Dobrze, że dwójkę zdążyłaś sprzedać tej parze z Niemiec. Pamiętam, że dobrze zapłacili. Ale poszliśmy wtedy w tany co?

- Bo to wszystko dlatego, że ja miałam tak ciężko w życiu. Jak bym miała normalne życie to nigdy bym ich nie oddała, na pewno nie – mówiła lekko bełkoczącym już głosem Monika.

Jacek przysłuchiwał się temu i sam nie wierzył w to co słyszy. W tym samym czasie łysy gość przypatrywał mu się uważnie.

- Wyrosłeś na dużego chłopa. Pewnie u dziewczynek masz duże wzięcie, co? E, masz jakąś kasę? – powiedział bez zażenowania łysy.

- Ty gnoju, mojemu dziecku chcesz zabierać pieniądze?! – krzyknęła z wielką furią Monika – Nie dawaj mu żadnych pieniędzy syneczku, lepiej daj je mnie. Zrobimy wielką imprezę. Niech wiedzą, że mój synek wrócił do domu.

- Nie jestem twoim synem – powiedział chłodnym głosem Jacek.

- A niby czyim co? – zapytała Monika.

- Ja już mam swoich rodziców – powiedział Jacek. – Wiesz co? – Jacek wstał, wyjął z kieszeni kilka banknotów i rzucił je na stół. – Weź je sobie, to za to że mnie urodziłaś. Jesteśmy rozliczeni.

- Chyba cię powaliło młody – łysy wstał zza stołu – trzysta pięćdziesiąt za dziecko? Chyba cię popierdoliło, wiesz ile kosztuje dziecko?

- Szczerze powiedziawszy, nic mnie to nie interesuje. Sprawę uważam za zamkniętą.

Łysy chwycił nóż leżący na stole i zaczął zbliżać się do Jacka.

- Ja zamknę tę sprawę – odpowiedział syczącym głosem łysy.

- Zostaw go – krzyknęła Monika

Kiedy Jacek był przy drzwiach, usłyszał przez ramię głos Moniki.

- Przepraszam cię synu.

I życie znów potoczyło się dalej. Tylko Jacek był już innym człowiekiem. Odszukanie dwójki swojego rodzeństwa zajęło mu prawie trzy lata. Okazało się, że wyszli na ludzi i mają już swoje rodziny.
Co do dalszej dwójki, która została sprzedana to…. Szuka nadal.

* Marek Niesłańczyk – początkujący felietoniusta, dramaturg ( autor sztuki „Osadzony Tomasz Nowy”, poeta. Obecnie odbywający karę w Zakładzie Karnym w Cieszynie. Członek Stowarzyszenia na rzecz Odnowy i Współistnienia Kultur „Sałasz”.

TEREN PRYWATNY cz. III – „Zderzenie cywilizacji”

dom

Była ósma rano. W namiocie nie można było już oddychać. Słońce było już dość wysoko i zaczynało prażyć. Na czworakach wyszedłem na zewnątrz. Było pięknie. Żadne inne określenie nie przychodzi mi do głowy. Cisza i kryształ powietrza. Szybko wystawiam nasze mokre buty na słońce. Wyciągamy karimaty na trawę. Leżymy, gadamy, grzejemy się w słońcu. Upał powoli tężeje. Jest tak dobrze. Bardzo powoli zabieramy się do przygotowania śniadania. Orientuję się, że nie wziąłem kawy. Niestety z powodu niezaspokojenia mojego uzależnienia wpadam we wściekłość. Nie potrafię się jeszcze oderwać od rytuału codzienności miejskiej. Świruję.
Szymon znajduje remedium – miętę. Jest jej tu mnóstwo. Wypijam trzy miętowe herbaty. Oczywiście lepszych w życiu nie piłem.
Za godzinę nastanie południe. Nabieramy jeszcze wody ze strumyka i ruszamy dalej. Z naszego biwaku, dawnego gospodarstwa, wychodzimy starą drogą wyżłobioną przez setki może lat w ziemi. Teraz ta droga, dukt, przypomina ona szeroki rów. Wchodzimy do wsi. Psy ujadają na nasz widok. Domy stoją na miejscu starych domów. Gospodarstw mają jeszcze swój pierwotny kształt i usytuowanie. Podchodzimy pod górę, do głównej drogi. Obracamy się za siebie. Nawet te obecne domy tworzą z krajobrazem harmonię. Są zatopione w dolince rzeczki. Nie dominują, a poza tym są prawie wszystkie drewniane. Oczywiście są jakieś dobudówki, plastikowe i akwariowe okna, plastikowe grzyby. Zwraca uwagę prawidłowość, że dawne wsie rozpościerały się w dolinkach małych rzeczek – dopływów większych, które spływały na szersze doliny. Ludzie szukali jakby odcięcia się, bezpieczeństwa, osobności? Wszystko karczowali. Bardziej na dole pola uprawne, zagony, wyżej pastwiska; połoninki, a między nimi lasy. Idziemy w kierunku kępy drzew. Za nimi będzie już droga. Stara droga szła chyba gdzieś nad rzeczką. Teraz jest powyżej wsi. Mijamy kępę drzew i stajemy jak wryci na drodze. O drodzy moi – Ryszardzie i Wiktorze Schrammowie, jakże tu nie przekląć? Przed nami, w stanie surowym, okazały dom z suporeksu, z betonowymi kolumnami, dom kryty drogą, połyskliwą dachówką. Dom, który niczym wybuch niemieckiego szrapnela niszczy cały tutejszy krajobraz i obwieszcza światu tutejszemu, że „nasi” gasarbaiterzy wracają z Zachodu aby ucywilizować ten Wschód. Strzał tego obrazu odczuwamy boleśnie. Jakby ktoś z szufli metalowej przywalił nam prosto w pysk.
Nie mam złudzeń. Przecież wiem, że to ostatnie 20 lat pozostałości starego świata. Nie uratujemy niczego. Tu nie będzie drugiej Szwajcarii, Austrii, Włoch…Tu będzie ta jakaś Krasnallandia z napisami na lakierowanych korzeniach drzew w stylu -”Gawra” Boleję nad tym, że nie mamy żadnej silnej tradycji kulturowej, która pozwoliłaby na trwałe stosowanie pewnych wzorców estetycznych, na szacunek do krajobrazu, architektury, do pamięci. Wiem też, że nawet gdyby tu Łemkowie zostali, to byłoby tak samo. Taki rejon świata. Post-Galicja ze swoimi kompleksami i prowincjonalnymi ambicjami, ze swoim post-sowietyzmem, nawet ze swoimi ograniczeniem umysłowym i śladami kulturowego analfabetyzmu. W każdej wiosce musiałby siedzieć jakiś rodzaj nawiedzonego Witkiewicza z siekierą w ręku i pilnować,i kłaść do tych łbów zakutych. Nie ma tu takiego i nie ma też porządnego prawa. I na tym poprzestanę.

W milczeniu schodzimy w kierunku Rzepedzi. W oddali słychać nadchodzącą burzę. Kuszą rosnące koło drogi jabłonie. Te dzikie i te zadbane. Jedno drzewo skusiło mnie okrutnie, a było za płotem. Wydawało mi się, że jabłka z niego są na wyciągnięcie ręki. Z potwornie ciężkim plecakiem było to niemożliwe, ale tak bardzo chciałem spróbować. No i stało się, zawisłem na płocie. Ręce poharatane do krwi, a w dłoni dwa jabłka i liście. I ucieczka. Pierwsza kradzież jabłek od ponad 30 lat. Szarża na cudzy płot zakończona częściowym i krwawym sukcesem. Jak z pola bitwy, podtrzymując mnie pod rękę, wyprowadza mnie Szymek. Na drodze jesteśmy bezpieczni. Jemy jabłka, a nasze mlaskanie rozchodzi się na pół świata. Cudowna kwaśność rozchodzi się po całym ciele i przenika do mózgu, który dostaje niezwykłego uniesienia smakowego. Łzy napływają do oczu.

Dawny Turzańsk leżał nad rzeczką, w dole. Teraz pnie się po dawnych pastwiskach i polach do góry, bo tam lepszy widok. Dochodzimy do cerkwi. Burza też dochodzi i wyraźnie widać, że zaraz lunie. Mija nas samochód typu „camper” na francuskich numerach. Jedzie powoli bo zwiedza. Francuzi zresztą często odwiedzają te strony i są uważnymi turystami. Podchodzimy pod górę do cerkwi, która leży nietypowo w dole wsi. Klasyczna zachodnio-łemkowska cerkiew. Piękna. Jej nagrzane drzewo wydaje przyjemny zapach. Wokół kamienny mur. Siadamy sobie na nim i patrzymy na ten żaglowiec z krzyżami na czubkach masztów, który przycumował tutaj ze 200 lat temu na tym wzniesieniu i dzięki woli bożej i ludzkiej stoi po dziś dzień.
W dole na drodze, pracuje silnik francuskiego kampera. Pracuje klimatyzacja w środku. Tym to dobrze. Ale w gruncie rzeczy wolę tę naszą słowiańską duchotę. Osy, muchy, zapachy przeróżne, które raz na jakiś czas rozgania przyjemny wiatr. Atawizm jakiś?
Z kampera wyszła pani w okularach i pnie się pod górę. Szczupła. Francuzi przeważnie są szczupli. Więc idzie powoli do góry, z założonymi do tyłu rękami. Na nasz widok, spoconych, umęczonych wędrówką facetów uśmiecha się i wypowiada sakramentalne „Bonjour”.
Ech Cywilizacjo przeklęta! Dlaczego pozostawiłaś nas 1000 lat w tyle! Dlaczego nie byliśmy prowincją rzymską, która tchnęłaby w te ziemie jakiegoś Owidiusza, Horacego, Wergiliusza?
Niestety, my ledwo wtedy wystękaliśmy słynne : „Daj at ja pobrusa, a ty poziwej”. To wystękano gdzieś w Małopolsce czy Mazowszu, a co wystękano na Rusi Halickiej? Zresztą wtedy nikt tego tak nie nazywał i nie dzielił.

Boże! Jaka przepaść! Widzę tę 1000-letnią przewagę, tego uśmiechniętego „Bonjour” francuskiego i używając wszystkich sił mojego pogańskiego jestestwa, zmuszam moje drewniane usta do uśmiechu i przeskakując w jednej sekundzie kilkaset lat, uśmiecham się i odpowiadam „lekko”- z typowo wschodnim uporem: – Dzień dobry.
Różnica pozostaje różnicą. Karol Wielki i …jakiś Drzewiec Gnębon. Nic na to nie poradzimy. Dlatego Oni zachowują swoją silną kulturę, swoje stare miasteczka, bruki, mury, krajobrazy, spajane od wieków „Owidiuszem” , a my przeistaczamy się w styropianową „Krasnalllandię”w barwach łososiowych i seledynowych. A chłop do baby często dalej nic innego wystękać nie może jak: „ daj at ja pobrusa, a ty poziwej!”. Teraz jednak nie przy mieleniu ziarna, ale przy maniakalnym koszeniu przydomowego trawnika, tak jakby od tego właśnie mieli pójść do chrześcijańskiego Nieba.

cdn