„Wołyń” – prawda po latach.

Jestem zmęczony „dialogiem” polsko-ukraińskim w kwestii wołyńskiej. W zasadzie zacząłem dostrzegać jego beznadziejność. Ale tak to zazwyczaj jest, kiedy sprawy sprzed wielu lat mają być osądzone teraz, kiedy warunki geopolityczne zmieniły się nie do poznania, odeszli ludzie, świadkowie, pojawili się konfabulujący „starcy”, modernistyczni historycy, społeczni liderzy „dobrej sprawy”.
Wyobrażam sobie Trybunał Norymberski dzisiaj. Jednak lepiej go sobie nie wyobrażać, po latach relatywizowania prawdy i setkach zmian układów politycznych.W Polsce na przykład, tworzy się nowa narracja historyczna, obalająca dotychczasową „złożoność i nieoczywistość” naszej historii, bo według aktualnej potrzeby politycznej obozu rządzącego, konieczna jest bardziej prawdziwa wersja prawdy. Żeby nie było złudzeń, taka była potrzeba znacznej części społeczeństwa. Narracja historyczna ciągle się zmienia, w zależności od perspektywy. Pozostają jak aksjomaty – fakty. Pozostaje kwestia wniosków.

W sprawie wojny na Bałkanach, w 2013 roku Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze wydał orzeczenie, iż ani Serbowie, ani Chorwaci nie dopuścili się przed dwudziestu laty ludobójstwa, czyli celowych działań zmierzających do etnicznej eksterminacji przeciwnika. Niewątpliwie natomiast doszło w byłej Jugosławii, zdaniem Trybunału, do wypędzeń siłą i ciężkich zbrodni wojennych. Charakterystyczne jest, że obie strony tamtego konfliktu złożyły wniosek o uznanie działań przeciwnika za ludobójstwo.

Wątpię, że orzeczenie Trybunału w Hadze satysfakcjonuje ogromne grupy Bośniaków, Serbów czy Chorwatów. Nikt nie chce posiadać historii obciążonej zbrodniami czy ludobójstwem.

Być może jedynie Niemcy czerpią z tego niewyobrażalną siłę moralną, nieraz traktowaną w europejskich komentarzach jako przejaw mocarstwowości Niemiec, które mają w tym podobno  „ukryte cele”. Naprzeciw ponad prawie 6 milionów zamordowanych Żydów, przyjęcie 900 tysięcy imigrantów wydaje się być godnym, choć dla bardzo wielu, irytującym gestem. Ale nam nic do tego. Niemców na to stać. Mają silną kulturę i pieniądze. Oni dadzą sobie radę. Tacy po prostu są. Teraz.

Ludobójstwo Ormian nadal pozostaje tematem tabu na europejskich salonach. Choć w rocznicę jego stulecia (1915-1917), temat powrócił. Turcja w Europie była i jest ważnym sojusznikiem wielu państw. Ma wieloletnie aspiracje do członkostwa w UE. Niestety, z powodu historycznego sprawstwa nieosądzonej zbrodni na Ormianach, Turcja nadal znajduje się u progu UE. Na przeszkodzie stoi historia ludobójstwa, do którego Turcy i za 1000 lat się nie przyznają. To jednak nie jest powód, aby nie skorzystać z fundamentalnej pomocy Turcji w ochronie Europy przed imigrantami z Syrii i Iraku. Turcy będą w tym dziele niezawodni i skuteczni. Oczywiście nie zrobią tego za darmo. Europa zapłaci. Co na to Ormianie? Ormianie zapewne dostaną środki na liczne „upamiętnienia” ofiar tureckiej zbrodni sprzed 100 lat, konferencje „pod auspicjami” i wydawnictwa. Obieca się im też stowarzyszenie z UE.

Scenariusze poszukiwań prawdy i sprawiedliwości pisane są przez doraźne potrzeby polityczne.

Paradoksalnie, także po to, aby tworzyć warunki dla „ładu, porządku, dobrosąsiedztwa i pokoju”.

Niestety, ludobójstwo na Wołyniu w 1943 roku wpisane jest w kontekst wojny na Wschodzie Ukrainy. Wojny, której przebieg i historia pisana jest przy pulpitach komputerów publicystów, dziennikarzy, politologów, speców wywiadu, manipulacji informacjami i zwyczajnej propagandy z obu stron konfliktu.

Konflikt ukraińsko-rosyjski daje Ukrainie historyczną szansę wejścia do Europy. W ten sposób Ukraina wpisuje się w europejski etos walki z totalitaryzmem i imperializmem rosyjskim.

Udział Ukraińców w II wojnie światowej nie dawał tego poczucia XX-wiecznym europejskim przywódcom. Przedziwny, wojenny, bezrozumny romans Ukraińców z nazizmem i Hitlerem, po czym wymknięcie się w ostatniej chwili z tego obozu, poprzedzone ludobójstwem wołyńskim, które miało być pierwszym krokiem (wg banderowskiego planu) do XX – wiecznej niepodległości Ukrainy. Po tym, co stało się na Wołyniu, żadna historyczna walka UPA z NKWD, UB, LWP nie mogła stanowić moralnego zrównoważenia. Pytanie, czy dziś twórcy niepodległej Ukrainy chcą mieć „wołyński fundament”?

W XXI wieku zaistniała sytuacja, która być może, w przekonaniu ukraińskich elit i historyków, stanowić może historyczne zrównoważenie dla fatalnych ukraińskich wyborów II wojny światowej.

Ukraińcy, niejako w obronie Europy, prowadzą wojnę z Rosją.

Ukraińska machina propagandowa działa w tym względzie znakomicie. Dramat wojny, walczących stron, ludności cywilnej jest tutaj czymś zupełnie osobnym, w gruncie rzeczy mało znanym i w ten sposób mało znaczącym.

Ta sytuacja jest też świetną okazją do przeprowadzenia przez USA wielkich manewrów geopolitycznych w Europie Środkowo-Wschodniej. Służy powstaniu poczucia zagrożenia ze strony Rosji, która ma podobno przygotowywać się do zbrojnego ataku na Polskę i kraje nadbałtyckie.

W Polsce korzystała z tego trendu ekipa Platformy Obywatelskiej, a szczególnie Bronisław Komorowski w wyborach prezydenckich. Obecnie korzysta PiS.

Niewątpliwie Rosja realizuje swoje strategiczne cele w Ukrainie Wschodniej, a działania europejskich rządów w tym względzie mają podobny charakter jak te sprzed dwudziestu lat na Bałkanach. Ten konflikt prawdopodobnie skończy się pokojowo przez „zasiedzenie” obszarów zajętych.

Póki co, wszystkim się jednak opłaca. Ukrainie też. Wiele spraw można odkładać na potem, tłumaczyć wojną. W wojnę zaangażowane są tysiące ukraińskich nacjonalistycznych radykałów i lepiej, żeby zbyt wcześnie do domów nie wracali. Nieustannie można też prosić o pieniądze i inne, rozliczne formy pomocy. Taki stan może trwać bardzo długo.

Pamięć o „Wołyniu” opisywana jest na nowo, w coraz bardziej absurdalny sposób. Bardzo silnie kreowany jest styl pamięci oparty na porównaniu z Rabacją Galicyjską. Powstało kilka lat temu określenie Rzezi Wołyńskiej jako „wojny chłopsko-chłopskiej”. Wykorzystywany jest wątek antysemityzmu polskiego, do którego podobna ma być polska anty-ukraińskość. Duże „zrozumienie” uzyskuje też teza o polskim kolonializmie na Kresach. Tak, w polskiej wielosetletniej obecności na Kresach były elementy kolonializmu. Na tych terenach ostro ścierał się Zachód ze Wschodem i z tego faktu wynikały zachowania, jak byśmy dziś określili, kolonialne.  To ścieranie się ma miejsce do dzisiaj. Dodatkowo z uzupełniającym go post-sowietyzmem. Poza tym, na tych terenach zawsze mocne były związki dynastyczne, kulturowe i religijne. Włącznie z prawosławną lub unicką szlachtą i magnaterią I Rzeczypospolitej. Upraszczanie tej kwestii do wersji a la Ferdynand Cortez, jest niesprawiedliwe.

Kuriozalne jest twierdzenie o „obustronnej winie”. Tak samo nie można zrozumieć swoistego edukowania Polaków z powodów, które popchnęły Ukraińców do straszliwej zbrodni. Bo „zanim osądzimy, starajmy się zrozumieć”?

Pomimo bezwzględnych faktów o zaplanowanej i konsekwentnie prowadzonej fizycznej eksterminacji ludności polskiej na Kresach, relatywizuje się tę tragedię.

Ciekawe jest to, że większość tych „narodowych odkryć” jest dziełem swego czasu najbardziej postępowego środowiska w Polsce. Podstawą do takich rozważań ma być w tym względzie myśl Jerzego Giedroycia, która rzeczywiście jest częścią polskiej racji stanu.

Jeśli chodzi o historyczne opracowanie problemu, Ukraińcy nie muszą zbyt wiele robić, polscy publicyści i politycy wyręczają ich sami. Wiadomo, żaden naród święty nie jest. Znajdujemy swoje winy. Realne i domniemane. Strona ukraińska przestała nawet kombinować w tłumaczeniu własnej historii. Już dawno sami zwolniliśmy Ukraińców z pracy nad sobą.

Zwolennicy pojednania za wszelką cenę, ubierają w szaty zacofania myślowego, archaiczności i groteski, czasami szowinizmu, krzyczące, polskie środowiska kresowe, środowisko ks. Tadeusza Isakowicza- Zaleskiego, bo podobno nie chcą widzieć wstydliwej prawdy o nas samych i uprawiają megalomanię narodową. Środowiska „wołyńskie” dość łatwo dają się neutralizować, ponieważ pełne są oczywistych emocji, na które patrzy się ze „zrozumieniem” i pobłażliwością.

Niestety, środowiska kresowe, ze względu na silną emocjonalność, nie bardzo nadają się do dialogu, ale tym samym dają wyraźny sygnał politykom, że sprawa jest poważna. W końcu dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy Polaków posiada bardzo wyraźne kresowe korzenie i rodzinne przekazy pamięci.

Poprawne politycznie ukrywanie znaczenia ukraińskiej winy za ludobójstwo na Wołyniu, ma i będzie mieć poważne skutki nie tylko dla poczucia sprawiedliwości wielu Polaków, ale i dla Ukrainy i jej przyszłości. Utrzymywanie tego stanu rzeczy sprzyja polaryzacji społecznych nastrojów, co już widać w Przemyślu i na granicy polsko-ukraińskiej.

Myślę, że pojednanie polsko-ukraińskie nie może się odbywać, na przykład, w duchu „poszukiwania prawdy o katastrofie smoleńskiej”. Tam, gdzie nie ma potrzeby przyznania się i oczyszczenia z winy, tam zawsze pojawia się lansowanie rozwiązania o tzw. poszukiwaniu prawdy.

Porównanie z problemem katastrofy smoleńskiej nie bardzo mi się podoba, ale dobrze służy wyeksponowaniu wyrazistości problemu.

W tym wypadku (Wołyń – 1943) polskie środowiska, nazwijmy to liberalne, są w swojej myślowej postawie bardzo bliskie tym prawicowym i narodowym (katastrofa smoleńska). Pojawia się nawet rodzaj „zrozumienia”, że musimy się pogodzić z tym, że ojcami duchowymi sąsiedniego kraju są ludzie ponoszący moralną odpowiedzialność za ludobójstwo. W takim razie, niech Serbowie przywrócą sobie oficjalnie dobrą pamięć o Miloszewiczu i Mladiczu, a Kambodża pamięć o Pol Pocie. Chętni i zachwyceni w tych krajach na pewno się znajdą.

Strona ukraińska chce wychodzić naprzeciw polskim potrzebom i wykazuje się swoistą empatią.

W ostatnim roku chyba trzy razy, różne osobistości i gremia życia społecznego i politycznego Ukrainy posłużyły się słynną sentencją polskich biskupów do biskupów niemieckich z lat 60-tych: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Zaczął Prezydent Poroszenko w polskim Sejmie i chyba miał poczucie, że z wrażenia powalił polską opinię na kolana.

Problem jednak tkwi w nieadekwatności sytuacji historycznej (Polska-Niemcy). Przykład ten doskonale pokazuje, do jakiego stopnia Ukraińcy nie rozumieją lub nie chcą zrozumieć polskiej, kresowej traumy, a także historycznego znaczenia ideologii ukraińskich nacjonalistów (frakcji banderowskiej) tego okresu.

W ten sposób przytaczanie przez Ukraińców sentencji o wzajemnym wybaczaniu jest kompletnie puste i bez znaczenia.

Rekordy błyskotliwości biją „odkrycia” o wyzwoleniu Krakowa przez Ukraińców (tzw. Front Ukraiński Armii Czerwonej) w 1945 roku, o walce Ukraińców pod Monte Cassino i udziale 300 tysięcy Ukraińców w wojnie obronnej Polski w 1939 roku. Na tej zasadzie to Polacy zdobyli Berlin, utworzyli Drugi Front na Zachodzie, zatopili pancernik „Bismarck” i pokonali Rommla w Afryce.

Ten rodzaj propagandy kreuje nową, „jeszcze nieodkrytą” rolę Ukrainy w dziele walki o wolność Europy. W ten sposób możliwe jest „przepchnięcie” na stronę sprawiedliwych, narodowych bohaterów Ukrainy, których normalnie nigdy tam by nie było i być nie powinno.

Co właściwie jest możliwe w naszych relacjach?

Ukraina, póki co, nie wyrzeknie się mitu niepodległościowego UPA, Bandery, Szuchewycza i innych. Nie jest na to przygotowana mentalnie. Co niby w tej chwili, miałby zrobić prezydent Poroszenko z „etosem walki” rozpoczętej przez OUN i UPA, a kontynuowanej na kijowskim Majdanie i pod Donieckiem?

Polska gospodarka potrzebuje rąk do pracy. Podobno około miliona Ukraińców już pracuje w Polsce i przecież mają jakiś kontakt z polską kulturą (lepszą lub gorszą).

W Polsce studiuje, na różnych zasadach, masa młodzieży z Ukrainy.

Na Ukrainie powoli wzrasta poziom wiedzy na temat ukraińskiej historii najnowszej.

Czytając ukraińskie fora internetowe, widzę jak bardzo dojrzałe i mądre bywają refleksje wielu Ukraińców na kwestie polsko-ukraińskiej historii. Powoli wzrasta poziom ukraińskiego autokrytycyzmu.

Na różnych płaszczyznach nasze kraje i społeczeństwa współpracują.

Wiadomo, że głównym celem każdego społeczeństwa nie jest historia tylko dobrobyt i współistnienie, jednak nie wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej było możliwe z pominięciem ukraińskiej winy za ludobójstwo na Wołyniu i bez historycznego osądzenia winowajców. Jeżeli taki precedens zaistnieje, to będzie to świetny sygnał, przyzwolenie dla wszelkich radykalizmów i szowinizmów, polskich także.

Ukraina doskonale wykorzystuje europejskie wiatry. Potrafi świetnie żeglować w europejskiej polityce, wykorzystuje obecną antyrosyjską koniunkturę, ale czas najwyższy na stworzenie nowoczesnego modelu samostanowienia opartego na twórczym, prawdziwym przekazie i dorobku prawdziwych autorytetów z Przeszłości, na tych, którzy szukali porozumienia, a nie „ostatecznego rozwiązania”. Czy ukraińscy historycy i intelektualiści odważą się na to? Czy też zapamiętale będą drążyć temat polskiej lub niemieckiej prowokacji na Wołyniu w 1943 roku?

Kiedyś konflikt na Wschodzie się skończy. Wtedy Ukraina zostanie z zawieszonymi na kołku reformami, wewnętrznymi kłótniami, oligarchami i podniesioną na cokoły pamięcią o Banderze, która pół Europy stawia w stan osłupienia.

W przyszłości, potrzebny jest jeden, mądry, mocny gest i słowo, To słowo, najwyższego przedstawiciela narodu ukraińskiego, który tym samym być może pogrąży swoją osobę, ale jednocześnie zrewolucjonizuje światopogląd obywateli Ukrainy, który zmieni ukraińską rację stanu i rozpocznie proces budowy europejskości kraju. Tak jak to kilkadziesiąt lat temu uczynił Polakom „zdrajca” Jerzy Giedroyć, odsądzany przez współczesnych od czci i wiary, każąc pożegnać się na zawsze z ich ojczyzną – ukochanymi Kresami i powierzając „niepodległość Polski niepodległości Ukrainy”.

Bogusław Słupczyński

Tekst opublikowany także na portalu wschodnik.pl:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>