UTLENIANIE

Utlenianie

 

Wszystko utlenia się, znika, rozpływa się, wyparowuje, dezintegruje, traci jedność, spójność, znika. Mam w domu takie sufity, na których, podczas jakiegoś malowania odkryłem ślady bardzo ozdobnych, kolorowych malunków położonych dzięki specjalnym „szablonom” przez malarzy-rzemieślników. Nie zamalowałem ich. Zostawiłem bo wpadłem w zachwyt nad tą estetyką końca XIX wieku.                                                            

Miałem nawet zamiar zrekonstruować jakąś 1/4 tych malunków, ale po 3 godzinach pracy mało mi głowa nie odpadła, a kark bolał jak diabli. Musiałbym leżeć po sufitem, jakieś pół metra, poziomo, na specjalnym rusztowaniu. Teraz czasami leżę tak sobie na łóżku i wgapiam się w finezyjne szkice sprzed ponad 100 lat, rysowane ołówkiem i farbą. To nie jest żadna polichromia. Ambitni malarze-rzemieślnicy kopiowali coś w rodzaju grafiki Art-deco. Co jakiś czas tak zalegam na łóżku gapiąc się w górę i widzę, że szkice bledną, utleniają się. To już ponad 10 lat od ich „odkrycia”. W niektórych miejscach już tylko jakieś plamy bez konturu, kształtu i koloru. Pogodziłem się z tym, ale i tak szkoda. Strata.

Kilkadziesiąt lat temu przeczytałem w książce znakomitego polskiego reżysera – Erwina Axera, że za jakiś czas dramaty Antoniego Czechowa będą nie do zrealizowania, ponieważ są jak delikatna materia, starożytny pergamin rozsypujący się w dłoniach. Axer sugerował, że współcześni będą mieli problem z odczytaniem „manuskryptu” Czechowa. Tak pisał wielki reżyser kilkadziesiąt lat temu…

Otwieram „Czajkę” dziś. Czytam w zachwycie, ale mam przed oczami publiczność, ludzi…i w odpowiedzi słyszę odgłosy oceanicznych głębin, szum kosmosu, nawoływania wielorybów, cienie morskich żółwi. Ciemność i głuchość. Utleniło się, …consummatum est!

Jest piękny kwietniowy dzień, modlimy się wszyscy w starym, drewnianym kościele św Barbary w Mikuszowicach Krakowskich, nad trumną mojego ojca Adama Słupczyńskiego. Ze ścian, tak jak zawsze w tym kościele, spoglądają na nas freski, polichromie mistrza Johanna Mentila. Także i one … utleniają się. Niektórych postaci prawie już nie ma. Tylko szaro-bure plamy. Jest zapach starego drewna, kształty i proporcje nasączone kilkuwiekowym szeptem i pieniem ludzi. Jak zawsze światło, zapach kadzidła, brzmienie organów, śpiew. Spoglądam ukradkiem na zgromadzonych i też się …utleniają. Siwi, pomarszczeni, przygarbieni, szarzejący. Kondukt sunie przez cmentarz. Ludzie w kondukcie pewnie jakieś głupoty plotą. Sto metrów dalej huczy expresowa droga. W drugą stronę tor kolejowy. Piękne , niebieskie niebo poprzecinane liniami energetycznymi i białymi rysami po samolotach. Kończy się kilkudniowe, nagłe zawirowanie losu i czasu. Odchodzi człowiek i cały świat. Pozostaje brak.

Człowiek nie chce cierpieć, usłyszeć prawdy o nieodwołalności faktu śmierci. W końcu słyszy, ale i tak ucieka. I tak wygląda nasza stypa. Jest pogodna, w odprężeniu, tonie w powitaniach wzajemnych, rodzinnych „rozpoznaniach” po latach : – To naprawdę Ty? Tak to Ja! Ach!

W Mikuszowicach, w starej szmergielni – manufakturze, gdzie teraz zrobiona jest restauracja na współczesną modłę, z obsługą, która jest tak młoda i bezrefleksyjna, że nie zdążyła jeszcze zauważyć, że już się starzeje w drodze do pełni życia. Zupełnie obok nas i naszego smutku. Jemy rosół i kotleta.

Powinienem zrobić zbiorową fotografię, ale nie przychodzi mi to do głowy. Szkoda bo wszystko się utlenia.

Wracamy potem jeszcze na cmentarz. Grób już zasypany. Kopczyk ze żwiru. Jesteśmy, stoimy na dnie rzeki w gruncie rzeczy. Kiedyś płynęła tędy Soła. To jej pradolina. Teraz płynie tylko czas.

Mieliśmy z ojcem jechać jeszcze w wakacje, w jego rodzinne Bieszczady. Nie udało się…Ale może On jednak tam pojechał , odpłynął, przeniósł się. Na pewno jest w drodze, na drodze raczej, na drodze do jakiegoś „wschodzenia” – zmartwychwstania.

Spostrzegam, że grób jest na osi, której początek wyznacza orientowany kościół p.w Św. Barbary z XVII wieku – ołtarz i prezbiterium, na Wschód. Widzę to dokładnie stojąc tak o zachodzie słońca. Plecami do kościoła, przed grobem, u stóp ojca. Po lewej stronie Łysa Góra, Rogacz, po prawej Równia i Kozia Góra (Stefanka). Niewielkie wzniesienia. Najwyższa Równia – 828 metrów. Jak w Lesku, pod Gruszką, jak w Czaszynie, jak w Porażu. Wzgórza, lasy. Droga żywiecka. Mieliśmy nią jechać…Nie chcę się roztkliwiać.

Orientowany” jest też ksiądz proboszcz. W tym sensie, że jego brat jest moim przyjacielem od lat, w Morochowie koło Poraża, w którym wiele lat żyła rodzina ojca. Niezwykłe jest to, że Piotr jest wyznania prawosławnego i mieszka w Bieszczadach. Piszę o tym bo dla mnie to wszystko bardzo symboliczne się staje. Bo dla mnie to znak i pociecha. Ojciec zawsze opowiadał , że dziadek Wojciech czasami chadzał do pobliskiej cerkwi w Monastercu jak w zimie trudno było dotrzeć do oddalonego kościoła.

Słuchamy w niedzielę wielkanocną kazania księdza Grzegorza (w tym roku Wielkanoc obchodziliśmy wspólnie z obrządkiem wschodnim) Jest mocne, proste i głębokie. Daje nadzieję i otuchę. Człowiek dotknięty śmiercią kogoś bliskiego czasami jakoś łagodnieje. Uspokaja się. Wycisza. Mnie się tak dzieje. Może to tylko teraz i potem się ta łagodność ulotni?

Spokojnie idę któregoś dnia do siedziby Związku Kombatantów. Składam wniosek mamy o dodatek kombatancki. Nim to jednak się stanie, otrzymuję teczkę osobową ojca i jestem świadkiem dokonania skreślenia go z listy członków. Takie spore, krzyżowe, na czerwono, przekreślenie. Bezwzględnie prawdziwe choć tylko symboliczne. W tej specjalnej książce większość stron pokryta jest prawie w całości czerwonymi skreśleniami. Ja na dodatek podpisuję się pod tym, że tak, że ojca już nie ma.

Wielu rzeczy dowiedziałem się w te dni. O sobie, o ojcu, o ludziach, o życiu i o śmierci. Tę ostatnią widziałem na własne oczy. Nie ma kosy, białej szaty, czarnych oczodołów. Nie jest przerażająca. Jest niewyobrażalnie straszna i banalna jednocześnie!                                                                                                                                       

W następne dni uczestniczę już w życiu. Staram się, choć chory jestem na smutek i żal. Jest też odczuwalny rodzaj ulgi. Nie umiem określić jej powodu. Chyba na razie. Funkcjonowanie dobrze mi wychodzi. Uśmiecham się i jestem jakby w dobrym humorze. Powinienem wiedzieć. że w naszym świecie nie jest to żadna wyjątkowa sytuacja. Śmierć jest częścią życia.

Chyba niewielu domyśla się, że nie wiem co zrobić z tą wielką wyrwą w przestrzeni świata? Codziennie.

Teraz dużo jestem z mamą. Teraz Ona jest za ich dwoje. I życie toczy się dalej. Utlenia się.

 falochron 2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>